ks. Jan Kaczkowski

Dziś chcemy przypomnieć wywiad, którego ks. dr Jan Kaczkowski udzielił redakcji „Misyjnych Dróg” kilka miesięcy przed swoją śmiercią – na początku 2016 roku. 

O pokazywaniu gęby, kieliszku wina i Chopinie z ks. dr. Janem Kaczkowskim, dyrektorem i kapelanem hospicjum św. o. Pio w Pucku, chorym na raka rozmawia Kinga Baszczuk. 

Kinga Baszczuk: W ubiegłym roku ukazał się wywiad-rzeka Szału nie ma, jest rak, ze szczegółami wprowadzający w życie osoby chorej terminalnie. Niektórzy nazwali księdza wtedy onkocelebrytą. Czy był, jest bunt przeciwko Panu Bogu? 

dr Jan Kaczkowski: Nie, nigdy. To byłoby niedorzeczne. Jestem bioetykiem i teologiem, a do tego wierzącym księdzem. Staram się logicznie i rozumowo podchodzić do wiary i życia. Trzeba zrobić matematyczne założenie: Pan Bóg błogosławi mi i kocha mnie wtedy, kiedy jestem młody, piękny i bogaty. Byłoby nielogiczne, gdyby odwracał ode mnie swoje oblicze, gdy zostaje tylko „i”. On nas kocha prawdziwą, męską miłością. Zawsze i niezmiennie. My nie zawsze musimy to czuć. Nie czujemy zwłaszcza w momencie kryzysu, bo wtedy nasze emocje szaleją, ale to nie oznacza, że On nas opuścił.

Nie mogę sobie wyobrazić kochającego Boga, który nie jest przy mnie w największych cierpieniach.

Jeśli przełożony Panią niesprawiedliwie prześladuje (bo jeśli sprawiedliwie, to Pani wina), to Chrystus z Panią współodczuwa i współcierpi. Jeżeli Pani dowiaduje się o ciężkim i nieuleczalnym rozpoznaniu, to nie wyobrażam sobie, by Chrystus opuścił Panią w tym stresie, a nawet trwodze i wątpliwościach, będąc najbliżej, zwłaszcza w Eucharystii. Pan Bóg nie siedzi na chmurze i nie mówi: Pani Kingo, Pani gęba mi się nie podoba… ciach! Nowotwór. Albo: nie zmówiła Pani modlitwy wieczorem – będzie przerzut!

A biologicznie nowotwór to przypadek, niezamierzony błąd systemu immunologicznego, który omyłkowo nie wykrywa błędnej komórki, a następnie w toku mejozy i replikacji kodu DNA nie niszczy nowej komórki z onkogenem, tylko zaczyna ją traktować jak najlepszego gościa. Do tego te komórki są chore, obarczone zaburzeniami adhezji (nie przylegają do siebie ściśle), przez co mogą łatwo odczepiać się od nowotworu in situ, a ten w pewnym momencie poprzez angiogenezę będzie zmuszony, żeby przeżyć, wytworzyć patologiczną sieć naczyń krwionośnych i wówczas przerzuty gotowe. 

Ksiądz jest z definicji osobą wierzącą. Czy nie ma w księdzu strachu przed bólem, śmiercią? Strachu przed spotkaniem z Bogiem? 

Z tą wiarą to śmiała teza – mamy przecież w środowisku księży zauważalną grupę cyników lub karierowiczów. Nie mnie oceniać księżowską wiarę, ale z tą definicją bym nie przesadzał. Oczywiście jest we mnie strach przed bólem, ale na tyle ufam mojemu zespołowi i na tyle znam się na przebiegu zaawansowanego glejaka, że wiem, że w tej ostatniej fazie doskonale można kontrolować uciążliwe objawy. Śmierć mnie bardziej ciekawi. Doprowadzam moich chorych w hospicjum tylko do klamki i muszę się cofnąć. Wiem, że kiedyś i ja otworzę te drzwi. Boga należy się bać w pozytywnym znaczeniu, czyli traktować z poważnie i z szacunkiem tu, na ziemi, bo tam wszystko będzie już jasne, w świetle jego prawdy, piękna, miłości i dobra. 

To nie jest trochę „żart Pana Boga”, że ksiądz, jako człowiek duszpasterzujący w hospicjum, sam jest teraz jego pacjentem? A może chodziło Bogu o to, aby księdza do tego przygotować? 

Proszę mi wybaczyć, ale to nie jest mądrze zadane pytanie. Żartem Pana Boga? A w czym ja jestem biologicznie inny od innych pacjentów? Prostuję, nie jestem pacjentem hospicjum, a cały czas czynnym prezesem i kapelanem. To znaczna różnica, choć korzystam z przyhospicyjnej poradni medycyny paliatywnej. Bo przy moim rozpoznaniu, to tylko o leczeniu paliatywnym może być mowa. 

Wielokrotnie towarzyszył ksiądz umierającym w różnych sytuacjach. Czy czasami próbuje sobie ksiądz wyobrazić jak teraz, po śmierci, wygląda ich życie w lepszym świecie? 

Znowu założenie, że w lepszym. Pamiętajmy, że po śmierci są rzeczy ostateczne człowieka: sąd, a potem niebo albo piekło. I o tej opcji „b”, w dobie nieznośnej, pozytywnej teologii, która odbiera nam godność, nie możemy zapominać. Moi zmarli są mi bardzo bliscy, zwłaszcza jako dusze cierpiące w czyśćcu. Mam nadzieję, że i ci zbawieni, i być może, choć to nieteologiczne, przejściowi mieszkańcy czyśćca, wyjdą po mnie wtedy, kiedy stanę na progu wieczności. 

Jak choroba wpłynęła na księdza kapłaństwo? Które cechy, działania, posługi wydają się teraz ważniejsze, a które mniej istotne? W końcu trudny werdykt lekarzy mówi, że zostało tylko kilka miesięcy. 

Zasadniczo, wydaje mi się, że choroba niczego tutaj nie zmieniła. Chcę zbawić się jako kapłan, bo to jest pierwszy i jedyny cel naszego życia. Błagam o to, żeby nikogo swoją postawą od Pana Boga nie odepchnąć, a jeśli kogokolwiek przyciągnąłem, to niech Jemu samemu będzie chwała. Przecież nie mnie. Priorytety nigdy nie mogą ulec zmianie. Eucharystia, sakrament pokuty, namaszczenia chorych, towarzyszenie umierającym i ich rodzinom to najpoważniejsze z kapłańskich i kapelańskich zadań. A zdrowie?

Medycyna to nie matma, dwa plus dwa nie musi dać czterech. I tak też jest w moim przypadku. Miało być kilka miesięcy, 1 lutego minęły 32. I nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa.

Jakie zmiany w prowadzeniu zajęć dotyczących sposobów komunikacji z chorymi i ich rodzinami wprowadziło osobiste doświadczenie choroby? Coś stało się mniej istotne, coś bardziej, coś bardziej denerwuje, coś nie ma znaczenia? I co to jest? 

Pewnych rzeczy nie może zmienić nawet choroba. W komunikacji najważniejsza jest perspektywa personalistyczna: żeby wszystkich traktować podmiotowo, a nie przedmiotowo. Co wkurza i na co zwracam uwagę, to brak najprostszej kultury. Odzywki typu: „Niech wstanie”, „niech się położy” – karygodne. „Babciu”, „dziadku”, odzywki per „ty” do starszej niespokrewnionej osoby – haniebne. A także „jak się czujemy” – ale kto? Ja czy pani doktor? Groteskowe i głupie. Lub moje ulubione: „rozbieramy się”. No to pani zaczyna! 

Jak definiuje ksiądz misyjność swojej działalności? A może to jest ewangelizacja? W jakich obszarach, wśród jakich ludzi? 

Nie lubię słowa: ewangelizacja, zwłaszcza „nowa”, bo przecież przekaz Ewangelii jest niezmienny tak jak credo, główne prawdy wiary itp. Wolałby nawet „stara” – do znudzenia stara i ciągła ewangelizacja. Misyjność jest ważna, zwłaszcza wobec osób inaczej myślących lub niewierzących. Dlatego nie waham się pokazywać gęby w Internecie w Boskiej TV, w moim vlogu „Smak życia”, a także na blogu „I jestem wdzięczny” w „Na Temat”, bo to łamie konwencje i trafia do najszerszych rzesz odbiorców. W gąszczu nagród, jakie, jak myślę, z okazji „zbliżającej się śmierci” otrzymuję, mam dwie ulubione: pierwsza to „Za zacność” – zapomniane, piękne słowo. Trzeba być zacnym, a nie niecnym. Druga to nagroda warszawskiego KIKu „Pontifex – budowniczy mostów” pomiędzy wierzącymi i inaczej lub niewierzącymi. Zawsze chciałem być tym, który łączy, a nie dzieli, mostem, po którym inni będą mogli przejść, by się wzajemnie poznać i by runęły wzajemne uprzedzenia. 

Jakie jest obecnie księdza ulubione zajęcie? Przy czym najlepiej ksiądz odpoczywa? 

Niezmiennie krwista polędwica z kieliszkiem czerwonego wina. Lubię chodzić do kina, teatru, opery. Zawsze szukam takiej możliwości. Lubię także być sam, po tysiącu kontaktach w ciągu dnia, i słuchać klasycznej muzyki. W samochodzie, który sam prowadzę i lubię nim jeździć, dla odmiany słucham ciężkiego rocka, nie gardząc także dobrym metalem. 

Na jakim etapie jest sprawa chorej ormiańskiej dziewczynki, na której leczenie przeznaczył ksiądz nagrodę „Ślad”? 

Laura pomyślnie przeszła operację w Polsce. Z tego co wiem, operacja zakończyła się pełnym sukcesem. Dzięki wysiłkowi wielu ludzi udało się ją bezpiecznie przywieźć do Polski i odesłać do Armenii. Dziewczynka wróciła do domu. Dobrze się rozwija. Ma wykonywane kontrolne badanie rezonansem magnetycznym w Erewaniu. Gdyby potrzebowała dalszej naszej pomocy, jesteśmy na nią otwarci poprzez misjonarki miłości ze Spitaka w Armenii. 

ks. dr Jan Kaczkowski (1977 -2016), teolog i bioetyk, kaznodzieja, dyrektor Hospicjum św. o. Pio w Pucku, autor warsztatów komunikacji i etyki dla studentów medycyny i prawa.

Polecamy książkę „Życie na pełnej petardzie”

Nie powiedziałem ostatniego słowa – rozmowa z ks. Janem Kaczkowskim
4 (66.67%) 2 ocen.


źródło: Kinga Baszczuk

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze