Imigrujący Polacy stosunkowo łatwo adaptują się do nowych warunków. Jesteśmy znani nie tylko ze zdolności językowych ale również z zaradności i pracowitości. Mimo że trudno jest jednym określeniem podsumować wszystkich Polaków – emigrantów, w Australii łączy ich jedno: ogromna odległość od domu. 

W Sydney nie ma polskiej parafii, lecz działa duszpasterstwo dla Polaków prowadzone przez zgromadzenie księży chrystusowców.W trzech kościołach w każdą niedzielę odprawiana jest Msza św. w języku polskim: w Kirribilli, Maroubra i Ashfield. W miejscowości Miller, która stanowi część metropolii sydnejskiej, mieści się Ośrodek Duszpasterstwa Polskiego. Naszym duszpasterzem jest ks. Kamil Żyłczyński SChr. 

Znaleźliśmy informację o Mszy św. w języku polskim na Kirribilli i którejś niedzieli poszliśmy na nią pierwszy raz. Polski ksiądz przywitał nas już w drzwiach, a nieznana nam parafianka zaproponowała niesienie darów do ołtarza. Tak się zaczęła nasza przygoda z polską wspólnotą w Sydney. Ksiądz Kamil odprawia w każdy weekend trzy msze: zaczyna wieczorem w sobotę na Maroubra, gdzie kościół stoi blisko oceanu i czuć w powietrzu zapach soli i morskiej wody. O 10:00 rano w niedzielę jest z nami na Kirribilli, a na 12:00  spieszy do Ashfield. Możliwość sprawowania Eucharystii w języku polskim umożliwia wynajmowanie kościoła od australijskich parafii. 

Jak żyje polska emigracja w Sydney? Różnie, bo historii jest tyle, co ludzi. Każdy z nas przyjechał na Antypody z innych powodów. Są wśród nas przedstawiciele emigracji jeszcze z lat siedemdziesiątych, są i tacy, których można nazwać emigracją postsolidarnościową i jesteśmy my – ludzie, którzy są w Australii z wyboru, a nie z konieczności. Różnorodność wiernych mogłaby sprawiać pewne trudności w głoszeniu kazań, ale wbrew pozorom wszyscy jesteśmy tacy sami. Każdy, który przychodzi do polskiej parafii, ma w sercu pragnienie przeżywania liturgii i sakramentów w ojczystym języku, pogłębiania swojej wiary i budowania wspólnoty z innymi Polakami. 

Słowo kierowane do nas co niedzielę niesie ze sobą uniwersalne i jednocześnie kluczowe zagadnienia w życiu chrześcijańskim: potrzebę nawrócenia, życia w przyjaźni z Jezusem, codziennej modlitwy, wzajemnej miłości. Treść Dobrej Nowiny przekazywanej nam przez księdza Kamila zawsze zachęca do większego wysiłku i głębokiej ufności w Boże Miłosierdzie. 


Relacje, które nawiązaliśmy dzięki wspólnej Eucharystii w parafii w Kirribilli, przenosimy na grunt towarzyski. Nasza wspólnota jest tak mała, że mamy bezpośredni kontakt ze wszystkimi: razem spędzamy czas, wychodzimy na kawę, troszczymy się o siebie wzajemnie. Jak ostatnio ktoś zauważył po Mszy św.: mamy poczucie, że na Mszę chodzimy z przyjaciółmi. Przed Świętami Bożego Narodzenia spotkałyśmy się w grupie kobiet i przygotowałyśmy dla naszych rodzin tradycyjne wigilijne potrawy: uszka, pierogi i barszcz. W karnawale smażyłyśmy chruściki według tradycyjnej polskiej receptury. Wspólna praca nie tylko sprawia nam przyjemność, ale jest lekarstwem na tęsknotę za domem, świąteczną atmosferą i bliskimi, którzy są tak daleko. 

Kiedy spotykamy się na gruncie towarzyskim, wiele z naszych rozmów dotyczy naszej sytuacji: oddalenia od ojczyzny. Polacy, którzy przybyli tutaj po 1980 r. doświadczyli chłodnego przyjęcia i pod wpływem polityki asymilacyjnej Australii nie nauczyli swoich dzieci języka polskiego. Kierując się pragnieniem łatwiejszego startu dla drugiego pokolenia, starali się rozmawiać po angielsku. Teraz, w innym klimacie, faworyzującym mniejszości etniczne, w dobrym tonie jest znajomość innych języków, w tym egzotycznych. Można więc powiedzieć, że wnuki emigrantów postsolidarnościowych mają szansę czerpać z tradycji kraju pochodzenia. Ważna w tym procesie jest rola seniorów. W kościele widać brak pokolenia dzisiejszych trzydziestolatków. 

Uczestnikami niedzielnej Mszy św. są starsi przedstawiciele emigracji oraz ci, którzy przyjechali niedawno. Wiele z rozmów toczonych na tarasie przed kościołem dotyczy tego, w jaki sposób najlepiej postępować z dziećmi, aby zachęcić je do nauki polskiego, w tym również do modlitwy po polsku i uczestnictwa w życiu wspólnoty. Różne są relacje dzieci: niektóre przejawiają opór i niechęć, zmuszając rodziców do rozmowy wyłącznie po angielsku. Inne ulegają łagodnej perswazji i wśród Polaków używają polskiego. 


W liturgię włączają się wierni, każdy na swoją własną miarę. Polskie pieśni liturgiczne i niedawno śpiewane kolędy są najbardziej rzewnym elementem Mszy św., kiedy każdy z nas przypomina sobie ojczyznę i parafię, z której pochodzi. Cała eucharystia włącznie z liturgią słowa odbywa się po polsku, a na ekranie dostępny jest tekst w języku angielskim. Brakuje nam oczywiście typowych polskich nabożeństw, jak nabożeństwo majowe albo różańcowe. Australia to kraj, w którym katolicy mają coraz mniejszy wpływ na życie społeczne kraju. Wspólna tradycja judeochrześcijańska z Europy powoli zamiera, stając się jednym z wielu dostępnych tutaj światopoglądów. Mogliśmy się przekonać o tym podczas Święta Objawienia Pańskiego. W polskim kościele dostaliśmy poświęconą kredę, która oznaczyliśmy drzwi naszego domu. Przez trzy tygodnie podczas sprzątania klatki schodowej napis był zmazywany. Dopiero rozmowa z panią sprzątającą schody upewniła ją, że to błogosławieństwo, a nie graffiti. Od tego czasu napisu nie trzeba umieszczać na drzwiach co tydzień. 

Tolerancja – nadużywane tutaj słowo – przyjmuje niekiedy groteskowe formy. Niedawny plebiscyt dotyczący zrównania semantycznego małżeństw homo i heteroseksualnych był okazją do brutalnego sporu toczonego w przestrzeni społecznej. Tolerancja w Australii sięga wyłącznie do momentu całkowitej zgodności ideologicznej i wykazuje zaskakujący brak tolerancji dla wszystkiego, co nieprawomyślne. Za otwarte przyznanie się do głosowania przeciw postawienia znaku równości między jednymi a drugimi można mieć poważne kłopoty w pracy, narazić się na ostracyzm towarzyski albo ataki słowne. 

Życie na emigracji przypomina aktywność linoskoczka: ciągle balansujemy między jednym krajem a drugim, między tęsknotą a powinnością, między wyborem serca i intelektu. Wielu Polaków spędza w kraju długie miesiące, planując jednak emeryturę w słonecznym Sydney. Inni realizują swój projekt migracyjny i wracają do kraju. Jeszcze inni pozostawiają wszystko w rękach Opatrzności i żyjąc z dnia na dzień, czekają aż okoliczności zmuszą ich do wyjazdu lub pozostania w Australii na zawsze. 

 

dr Agata Mleczko, autorka książki „Podróżując”

 

 

Oceń ten artykuł


źródło: Agata Mleczko

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze