Przychodzi taki czas dla dziewczyny i dla chłopaka, że oto okazuje się, że to już ostatnia prosta do małżeństwa. Zostały poczynione pierwsze kroki – on zabrał ją dokądś i w wyjątkowych okolicznościach poprosił o rękę. Ona się zgodziła. Oświadczyny przyjęte, statusy na Facebooku pozmieniane… A w sercu?

Co narzeczeństwo to inna historia. Jedni przetrzymują na tym etapie kilka lat, inni od razu biorą sprawy w swoje ręce i zabierają się do planowania ślubu. Pewnie w obydwu przypadkach szybkie lub mniej szybkie podjęcie działań z tym związanych ma swoje uzasadnienie i absolutnie nie zamierzam nikogo nawracać na swój punkt widzenia. Jednak będąc właśnie na tym etapie, chciałabym dorzucić swoje trzy grosze do debaty na ten temat.

Usłyszałam gdzieś, że narzeczeństwo ma być przygotowywaniem się do ślubu. Właśnie, przygotowywaniem, a nie przygotowaniem. Ta druga opcja brzmi dość pasywnie, jakby to było pozwolenie, by ten czas sobie ulatywał, byśmy go sobie nadal razem „spędzali”. A przecież jesteśmy już sobie przyrzeczeni, zobowiązani wobec siebie! Czy taki stan rzeczy zaprasza do pasywności czy raczej aktywności? To już zależy od każdego z nas i od naszego rozumienia miłości.

Czytając Pieśń nad Pieśniami mam wrażenie, że tam raczej stagnacji nie ma. „Powstań, przyjaciółko ma, piękna ma, i pójdź! Gołąbko ma, [ukryta] w zagłębieniach skały, w szczelinach przepaści, ukaż mi swą twarz, daj mi usłyszeć swój głos!” (Pnp 2,13-14). To brzmi jak wzajemne motywowanie się do wysiłku, do odkrywania przed sobą najbardziej ukrytych prawd o sobie samym, do stawania w prawdzie. To staranie, by ta druga osoba rosła, dojrzewała jako czyjś przyszły mąż, przyszła żona.  W konsekwencji obydwoje  wchodzą na coraz wyższe szczeble  odpowiedzialności za siebie nawzajem. Jeśli tego nie ma, jeśli brakuje tej „hiperaktywności” rozumianej nawet w pewnym momencie jako bieganina związana z załatwianiem kwestii ślubnych, to pozwalamy sobie na bylejakość, na „jakoś to będzie” własnego narzeczeństwa. To zaprzeczanie samemu sobie, bo skoro było ci wygodnie, to po co kupowałeś pierścionek, po co go przyjmowałaś?

Wracając jednak do kwestii szybkości zawierania małżeństwa, uważam, że pomimo wszelkich związanych z tym procesem kosztów  oraz mając pełną świadomość odpowiedzialności, jaka wynika ze stania się współmałżonkiem, Bóg otulając dwoje ludzi sakramentem małżeństwa dba o nich o stokroć więcej niż w narzeczeństwie. Są już całkowicie w jego rękach, On uświęca ich i błogosławi. Naszym zadaniem jest co najwyżej powiedzenie mu „Tak”, „Ty się tym zajmij”. To oznacza mieć odwagę, o której mówił papież Franciszek na Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie. „Kiedy spotykam kogoś, kto ma się pobrać – młodego chłopaka, który się żeni, czy dziewczynę, która wychodzi za mąż, mówię: Ci to mają odwagę. Dlatego, że nie jest łatwo stworzyć rodzinę.  Nie jest łatwo zaangażować się na całe życie. Trzeba być odważnym”.

Związki: tak dla narzeczeńskiej hiperaktywności
6 (100%) 1 ocen.


źródło: Magdalena Zarate Rios

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze