Media lubią skrajności, bo to się sprzedaje. Przystanek Woodstock bywa więc przedstawiany jako festiwal wszelkiego rodzaju narkotyków, przemocy i rozpusty albo jako wielkie święto miłości i wolności. Pewnie rzeczywistość lawiruje gdzieś pomiędzy skrajnościami. A o to, jak jest naprawdę, pytam Joannę i Justynę ewangelizatorki, które były na tegorocznym Przystanku Jezus, który odbywa się przy Woodstocku. 

Dlaczego nie obraziłyście się na Woodstock? Przecież są tam ludzie, którzy gardzą chrześcijaństwem, których styl życia odbiega od obrazu przykładnego obywatela? 

Joanna: A dlaczego mamy się obrażać? Każdy może mieć taki etap w życiu, w którym jest w ten czy inny sposób pogubiony.  

A jak nawiązać kontakt z takim człowiekiem, żeby w ogóle chciał słuchać? 

Justyna: Czasami ludzie przychodzą do nas, a czasami my do nich. Czasami prowokujemy, a czasami oni próbują sprowokować nas. Na to nie ma reguły. Najczęściej boja się, że będziemy chcieli moralizować. A tym czasem oni najbardziej potrzebują być wysłuchani. I musze powiedzieć, że w ewangelizatorach czy księżach często wyczuwają to, że tym osobom można się wygadać. Opowiedzieć o smutku, o tym, że coś się nie udało, co w życiu gniecie. Bywa, że jest to pierwsze doświadczenie przyjęcia i doświadczenia, że ktoś w Kościele może się ucieszyć z tego powodu, że oni są, że żyją. I że Bóg przyjmuje i kocha ich nieskończenie bardziej. 

Joanna: Tak, często są bardzo zdziwieni, że ktoś może w nich zobaczyć coś dobrego. A już zwłaszcza ktoś związany z Kościołem. A mnie się bardzo podoba w tych ludziach na Woodstocku, że potrafią się dzielić np. jedzeniem z kimś zupełnie obcym. Jeśli zabrakło ci wody, nie ma problemu, na pewno ktoś ci zaraz da. A nie ma co ukrywać, że nam, którzy uważamy się za dobrych chrześcijan, nierzadko brakuje takiej bezinteresowności i dzielenia się tym co mam, a nie tym, czego mam w nadmiarze. 


Czyli można powiedzieć, że często sami o tym nie wiedzą, ale są na dobrej drodze do odnalezienia Boga? 

Justyna: Albo od tego, by pozwolili się odnaleźć Bogu. 

Joanna: Niektórzy pozwalają. Jest coś takiego w tym woodstockowym duszpasterstwie, co przyciąga tych ludzi. Niektórzy spowiadają się w zasadzie raz w roku – na Woodstocku. Ale wracają. Pytanie, dlaczego nie przychodzą potem do kościoła. Może gdybyśmy tak pochopnie nie oceniali innych, byłoby łatwiej. Wyobraź sobie, że w tym roku, na Mszy św., która była na zakończenie Przystanku Jezus, zabrakło miejsc w namiocie, który może pomieścić pięć tysięcy osób. Nikt im tam nie kazał przyjść. Wybrali Mszę św. zamiast innych atrakcji. I co, nie warto? 

Mówicie więc, że ewangelizacja na Woodstocku jest potrzebna? 

Justyna: Tak naprawdę, oprócz liczby osób, Woodstock nie różni się niczym od kilkudziesięciu innych festiwali muzycznych w Polsce. Jest alkohol, bywają narkotyki, pojawiają się sekty. Ale jako chrześcijanie nie możemy się bać świata i w związku z tym marnować okazji do tego, by pokazywać Chrystusa tym tęskniącym za akceptacją, miłością, sensem i prawdą. 

Opowiem kawałek mojej historii. Kilka razy byłam na Woodstocku. Na początku jako nie za bardzo zainteresowana Kościołem i Jezusem. Ale kiedyś byłam w dołku i porozmawiałam wtedy z jednym z księży i dziewczyną, ewangelizatorką. Moje życie nie zmieniło się od razu. Nie przeżyłam wielkiego nawrócenia. Ale kiedy postanowiłam, że coś zmienię, to miałam jakiś punkt zaczepienia. Miałam numer telefonu księdza i tej dziewczyny. Mogłam zadzwonić i pomogli mi zrobić pierwsze kroki. I podobnie jest w wielu innych historiach. Często owoców nie widać od razu. Ale Jezus wysłał nas na cały świat, by siać Jego Słowa. Ale to On jest Panem żniwa.  

Oceń ten artykuł



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze