Wielogodzinny nocny marsz, bolące nogi i rozważania męki Chrystusa. Tak w skrócie można opisać Ekstremalną Drogę Krzyżową. Na czym polega fenomen tego wydarzenia?

Piątkowy wieczór. Drewniany kościół pw. Krzyża Świętego w Grabówce (arch. białostocka). Dookoła mnie ludzie w różnym wieku, w sportowych butach, z plecakami i drewnianymi krzyżami. Niektórzy z nich wiedzą, co czeka ich po Mszy św., inni jeszcze nie. Sama zaliczam się do tych drugich. W skupieniu uczestniczę w liturgii. Z lekkim uśmiechem na twarzy i radością w sercu. Zupełnie nieświadoma tego, że za kilkadziesiąt minut będę chciała wracać do domu.  

Tytułem wstępu 

O Ekstremalnej Drodze Krzyżowej słyszałam od znajomych i kilku osób z rodziny. Bałam się jednak podjąć wyzwanie, tłumacząc się różnymi chorobami, które mogłyby utrudnić mi przejście trasy. W końcu postanowiłam zaryzykować. Znam jednak swoje ograniczenia, dlatego na początek wybrałam trasę „na wzór EDK”, która liczyła 20 km. Standardowa trasa ma około 40 km, ale zdarzają się również znacznie dłuższe, chociażby ta, licząca 133 km i prowadząca z Krakowa na Wiktorówki w Tatrach – to dopiero musi być wyzwanie!  

Z ciekawostek warto też dodać, że pomysł na EDK zrodził się w 2009 r. w środowisku duszpasterstwa akademickiego prowadzonego w Krakowie przez ks. Jacka Stryczka, znanego m.in. ze Szlachetnej Paczki. Hasło przewodnie tegorocznej edycji brzmiało:  „Droga (pięknego) życia”. W ubiegłym roku w EDK wzięło udział około 60 tys. osób. W tym roku było to około 100 tys. pielgrzymów w 20 krajach (oprócz Polski trasy znaleźć można także w Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Norwegii czy Kanadzie).  

Odczuć moc Boga 

Wracając do mojej opowieści: Msza św. przebiegała spokojnie. Podczas kazania ksiądz mówił m.in. o tym, że jeśli chcemy odczuć moc Boga, musimy wpierw doświadczyć ludzkiej słabości. Pomyślałam sobie wtedy, że rzeczywiście: jeśli jesteśmy silni, teoretycznie nie potrzebujemy Boga, ponieważ sami sobie dajemy radę. Przychodzą jednak chwile, kiedy trzeba przyznać się do swojej słabości i uznać wielkość naszego Stwórcy. EDK jest jednym z takich momentów. 

Po zakończonej liturgii wyszliśmy z kościoła. Nadszedł czas na wyciągnięcie czołówek, odczytanie rozważań do I stacji drogi krzyżowej i ruszenie przed siebie. Już na samym starcie dopadł mnie kryzys. Mały, ale potrafił mnie zniechęcić i sprawić, że chciałam wracać do domu. Tu plecak przeszkadzał, tu czołówka spadała z głowy, a drewniany krzyż, który zrobiłam dzień wcześniej, był uciążliwy i nie wiedziałam, co z nim zrobić… Tak już mam, denerwuję się, gdy nie jest idealnie. Pomyślałam jednak o tym, jak bardzo nieidealnie miał Jezus, gdy dźwigał krzyż z miłości do mnie. Przestałam zamartwiać się drobiazgami i ruszyłam w drogę z narzeczonym przy boku. 

W ciszy przez las 

Podczas drogi obowiązuje zasada milczenia. Jest to piękne, ale też trudne. Przyznam się, że na początku miałam spore problemy, by skupić się na rozważaniach i nie myśleć o tym, co muszę przeczytać na zajęcia, co zjem na obiad w niedzielę albo dokąd pojadę na wakacje. Musiałam wkładać naprawdę wielki wysiłek w to, by medytować mękę Jezusa. Walka ta była równie ciężka co walka ze zmęczeniem, a może nawet gorsza. Jednak warunki do wyciszenia się i modlitwy były idealne.  

Spora część drogi prowadziła przez lasy i łąki, a prócz pielgrzymów nie było dookoła żadnych innych ludzi. Z każdą kolejną godziną odstępy między uczestnikami się zwiększały, więc pod koniec można było być naprawdę „sam na sam” z Bogiem. W codziennym życiu i zabieganiu trudno o takie doświadczenie. W moim przypadku było to ponad pięć godzin modlitwy! Nie było żadnych rozpraszaczy w postaci telefonu lub komputera, nie można było pójść spać, trzeba było iść.  

Więc szłam. Krok za krokiem. Czas mijał, stacje się zmieniały. Przechodziliśmy przez pogrążone we śnie wioski. Jedynie psy czuwały, pilnując swoich domów i na chwilę przerywały ogarniającą nas ciszę. Zupełnie niespodziewanie i po cichu odezwało się moje skrzywienie kręgosłupa. Plecy bolały niemiłosiernie i nie chciały przestać. Wtedy zaczęła się prawdziwa droga. Moja własna wędrówka na Golgotę.  

Moja droga krzyżowa 

Czując ból, poczułam swoją kruchość i słabość. Wtedy przyszła też większa łatwość modlitwy. By nie myśleć o bólu, skupiałam się bardziej na modlitwie. Myślami byłam z Jezusem. Krzyż, który niosłam, już nie był niewygodnym elementem drogi, ale oparciem. Trzymając go w rękach, mogłam się do niego przytulić, zupełnie jakbym przytulała się do Jezusa. Większych problemów zdrowotnych na szczęście nie miałam, a nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa na ostatniej prostej, gdy szliśmy ulicami zaspanego miasta.

 

Pod koniec wędrówki wróciłam do słów z kazania o tym, że powinniśmy mówić sobie „nie”, brać swój pal egzekucyjny (krzyż) i iść na śmierć. Ukrzyżować swoje grzechy, słabości i móc powiedzieć za św. Pawłem „teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20). Zastanawiałam się, co mogłabym w sobie „ukrzyżować”. Nie potrafiłam wybrać jednej konkretnej rzeczy, bo – jak każdy grzesznik – mam wiele problemów i słabości. Wtedy narzeczony przypomniał mi nazwę trasy, którą szliśmy. Była to bowiem trasa Bożego Miłosierdzia, a patronowała jej św. Faustyna (od momentu bierzmowania moja ulubiona święta). Zamiast więc analizować, nad czym powinnam pracować, postanowiłam zawierzyć wszystko Bogu i oddać się w Jego ręce.  

Wielkie nic? 

Po powrocie konieczne było odespanie nocnego marszu. W sobotę ból nóg przypominał o przebytej drodze, natomiast w niedzielę wszystko minęło. Przeszłam trasę, wróciłam i nic? Trochę tak się czułam. Jakby nic wielkiego się nie wydarzyło. Chyba miałam zbyt wysokie oczekiwania co do EDK. Liczyłam na to, że po powrocie będę zupełnie innym człowiekiem, że podczas drogi doznam jakiegoś cudownego olśnienia. Prawda jest taka, że jestem tą samą osobą, co przedtem. Wiem jednak, że wysiłek nie poszedł na marne. Na pewno wrócę do rozważań z trasy, by na spokojnie móc jeszcze raz przyswoić sobie te treści. Będę też pamiętać, że nie jestem idealna, mam swoje słabości, czasem upadam, jednak w każdym tym doświadczeniu jest ze mną Jezus, który daje mi swoją moc. 

Świadectwa

Mam nadzieję, że moja słowa zachęcą Was do zainteresowania się tym wydarzeniem i wzięcia w nim udziału. Bez wątpienia jest to dobra okazja do tego, by jeszcze lepiej przygotować się do świętowania Zmartwychwstania Jezusa, popracować nad swoim charakterem, sprawdzić możliwości fizyczne, ale przede wszystkim spotkać się z Bogiem na nocnej i wielogodzinnej modlitwie. Wiem, że dla wielu osób Ekstremalna Droga Krzyżowa była bardzo owocnym czasem – widać to w świadectwach, jakie można znaleźć w Internecie. Postanowiłam zapytać także znane mi osoby o ich wrażenia z drogi.  

Agata, która na EDK była po raz pierwszy, pisze: Ten przeogromny ból, cierpienie, śnieg, błoto, noc pozwoliły mi choć w maleńkim stopniu poczuć się jak Jezus wchodzący na Golgotę. Na drodze uświadomiłam sobie, jak ogromną moc ma milczenie. Nigdy wcześniej go nie doceniałam, tutaj po raz pierwszy mogłam szczerze porozmawiać z Jezusem, czego ostatnio tak bardzo mi brakowało. Niestety nie udało mi się przejść całej trasy. Poprzestałam na XI stacji. Czułam tak wielki ból, że nie wyobrażam sobie bólu, który musiał wtedy czuć Jezus na Golgocie. Jestem Mu tak bardzo wdzięczna, ze był tam razem ze mną. Choć droga była bardzo trudna i bolesna polecam: niesamowita przygoda z Jezusem, który trzyma Cię przez cały czas za rękę! 

Julia uczestniczyła w EDK razem z narzeczonym Łukaszem, z którym prowadzi bloga wybieramymilosc.pl. Tak wspomina wyprawę: W pewnym momencie Łukasz powiedział: przepraszam, nie dam rady dalej iść. Zadzwoniliśmy po taksówkę. W drodze powrotnej do domu taksówkarz podsumował naszą historię, bo powiedział: liczą się chęci, On na górze wszystko widzi. Czy nieukończona EDK to nieważna EDK? Jasne, że nie. Odkryłam kolejny raz w życiu, że Bóg mówi w ciszy, w nocy, w samotności. Łukasz odkrył, że warto się uczyć pokory, bo nie będzie mógł się pochwalić ukończoną trasą, że nie mamy nad wszystkim zawsze kontroli. 

Z kolei Marek, który wyruszył w drogę po raz drugi, dzieli się takimi spostrzeżeniami: trzy kilometry przed końcem trasy, tuż po przedostatniej stacji uświadomiłem sobie, że mimo iż strasznie bolą mnie nogi, nikt się nade mną nie pastwił, a wkrótce wrócę do domu, gdzie będę mógł pójść spać. Jezus dochodząc na Golgotę, był zmaltretowany na mnóstwo sposobów, w dodatku wiedział, że najgorsze przed Nim. Ekstremalna Droga Krzyżowa uświadomiła mi, jak wielkim bólem był zaledwie ułamek cierpienia Chrystusa.

Piękne życie

Kiedy człowiek zrobi to raz, wie, że może zrobić to znowu. To dlatego EDK jest dla wielu ludzi przełomem. Pomaga im „odpalić” w sobie zmianę, otworzyć się na Boga i drugiego człowieka – tłumaczy ks. Jacek Stryczek. Może dla mnie EDK nie było sporym przełomem, ale na pewno w pewien sposób pozwoliło mi „odpalić” jakieś zmiany. Z pewnością za rok znowu wezmę udział w tym wydarzeniu. Was rówineż do tego zachęcam.

fot. Facebook/EDK – Ekstremalna Droga Krzyżowa

Oceń ten artykuł



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.