Rok 2016 jest wyjątkowo smutnym rokiem dla muzyki. Odchodzą do Największej Orkiestry Świata nasi idole, mistrzowie, autorytety. Lawina smutnych wiadomości ruszyła już pod koniec 2015 r.

Świat dowiedział się wtedy o śmierci nieśmiertelnego, jakby się wydawało, Lemmy’ego Kilmistera – lidera i frontmana legendarnej grupy Motörhead. 10 stycznia odszedł David Bowie. Zdążył jeszcze nagrać i wydać w dniu swoich urodzin (8 stycznia) przepiękną płytę „Black Star”, która, jak się później okazało, była pożegnaniem z fanami. I tak tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu media informowały nas o śmierci ikon świata muzyki: Glen Frey (z zespołu The Eagles, zmarł 18 stycznia), Black (26 stycznia), Signe Annderson oraz Paul Kantner (członkowie zespołu Jefferson Airplane, zmarli tego samego dnia, 28 stycznia), Piotr Grudziński (gitarzysta Riverside, zmarł 21 lutego) czy choćby Sir George Martin zwany „piątym Beatlesem” (zmarł 8 marca).

Leonard Cohen odszedł 7 listopada 2016 r., jednak wiadomość o jego śmierci dotarła do naszego kraju dopiero w nocy z 10 na 11 listopada. Targały mną sprzeczne uczucia. Ten jakże radosny dzień, jakim jest Święto Niepodległości, stał się niesamowicie smutny i przygnębiający.

Twórczość Leonarda Cohena jest mi również bardzo bliska. Już jako mały chłopiec słuchałem często albumu „Various Positions”, nuciłem refren wielkiego przeboju „Hallelujah” czy też śpiewałem fragmenty „Dance Me to the End of Love”. Zawsze podobało mi się to, o czym artysta śpiewał – o miłości – prawdziwej i pełnej wdzięku. Z całą pewnością jego muzyka ewoluowała. Artysta kojarzony jest głównie z gitarą akustyczną oraz z żydowskim klimatem folkowym, nie oznacza to jednak, że ograniczał się wyłącznie do tego rodzaju muzyki. Cohen lubił zmieniać stylistyki, często flirtował z dźwiękami elektronicznymi i hip-hopowymi. Jedno pozostało niezmienne – temat miłości.

Leonard Norman Cohen urodził się 21 września 1934 r. w Montrealu jako syn Mashy oraz Nathana Cohenów. Była to średniozamożna rodzina żydowska, w której ojciec pochodził z Polski, a matka z Litwy. Studiował na anglojęzycznym McGill University w swoim rodzinnym mieście. Uczył się raczej przeciętnie, jednakże w czasie edukacji przejawiał zdolności literackie, co zaowocowało zdobyciem prestiżowej nagrody McNaughton Prize za pierwsze osiągnięcia w tej dziedzinie. Studia ukończył 5 października 1955 roku z tytułem bakałarza, a w maju następnego roku wydał swój pierwszy tomik poezji „Let Us Compare Mythologies”. Pisał też powieści, które publikował w ciągu kolejnych lat.

Choć w wieku 13 lat nauczył się grać na gitarze przy użyciu podstawowych chwytów, nigdy nie myślał o tym, by zostać śpiewakiem. Stało się to przez przypadek. Pomogła mu w tym Judy Collins – pieśniarka folkowa. Sam artysta mówił później w wywiadach, że zaczął śpiewać, bo tantiemy z wydawanych powieści oraz tomików poezji nie zaspakajały jego życiowych potrzeb. Wielką sławę przyniosła mu piosenka „Susanne”, która została uznana za radiowy przebój roku 1965, zaś pierwszy koncert Cohena odbył się 30 kwietnia 1967 r. w Town Hall w Nowym Jorku. Był to koncert charytatywny na rzecz organizacji domagającej się zaprzestania prób z użyciem broni jądrowej. Tego samego roku ukazał się debiutancki album Cohena pt. „Songs of Leonard Cohen”, który zawiera takie przeboje jak: wspomniana „Suzanne”, „Sisters of Mercy”, „So Long, Marianne”, „Hey”, „That’s No Way to Say Goodbye”. Album okazał się ogromnym sukcesem i otworzył Leonardowi drzwi do wielkiej kariery pieśniarza.

W Polsce Cohen zyskał ogromną popularność w latach osiemdziesiątych, a to dzięki Maciejowi Zembatemu, który tłumaczył teksty piosenek oraz wykonywał je w wersji polskiej. W 1985 r. Kanadyjczyk przyjechał do Polski, gdzie 19 marca wystąpił w Hali Arena w Poznaniu, 20 marca w Hali Stulecia we Wrocławiu, 21 marca w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu, a 22 marca w Sali Kongresowej w Warszawie. Do historii przeszło jego spotkanie z Lechem Wałęsą oraz przemowa propagująca działalność Solidarności. Z tego więc powodu władze komunistyczne zakazały prezentowania jego przebojów w Polskim Radiu.

Leonard Cohen był obdarzony monotonną i smutną, ale jednocześnie bardzo ciepłą barwą głosu. Myślę, że wielu osobom jego muzyka kojarzy się ze smutkiem i nostalgią. W życiu osobistym nie miał nic wspólnego z wyżej wymienionymi cechami. Był osobą niezwykle serdeczną, uśmiechniętą. Uwielbiał czarny humor, życie towarzyskie, kobiety i używki. 21 października wydał ostatni album zatytułowany „You Want It Darker”. Przyznam się, że ta płyta umknęła mej uwadze i trafiła do moich rąk dopiero 5 listopada. Bezmyślnie odłożyłem ją jednak na bok, ponieważ uznałem, że lista nowości płytowych jest tak duża i ciekawa, że na nową muzykę pana Cohena zawsze przyjdzie czas. Niestety nikt z nas nie zna dnia ani godziny. Włączyłem ją dopiero po śmierci Mistrza, 11 listopada około południa. Słuchałem jej i czułem, jak po moim ciele przechodzą dreszcze, a z oczu płyną łzy. Artysta rozlicza się przed słuchaczem z całego swojego życia – z miłości, przyjaźni, rodziny i kariery muzycznej. W końcu mówi: „Jestem gotowy, mój Panie!” i odchodzi na zawsze. Ale jego muzyka wciąż żyje i mam nadzieje, że będzie przekazywana kolejnym pokoleniom na całym świecie.

Fot. finisterraati, flickr.com

Jestem gotowy, mój Panie
6 (100%) 2 ocen.


źródło: Bartek Kaczmarek

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.