O modlitwie w domu, roli muzyki i jedności chrześcijan z Mateuszem Otrembą, muzykem, rozmawia Magdalena Plekan.

Magdalena Plekan: Mateusz Otremba to?

Mateusz Otremba „Mate.O”: – Mąż jednej żony. Ojciec dwóch synów. Człowiek spełniony i cieszący się życiem.

A jaka jest definicja człowieka spełnionego Mateusza Otremby?

– Człowiek spełniony to ktoś, kto spotkał Boga w swoim życiu, to ktoś, kto w swojej kruchości stara się autentycznie żyć na co dzień tym, co Bóg do niego mówi w swoim Słowie. Bóg w pewnym momencie stanął na mojej drodze i ożywił mnie.

A to Twoje ożywienie nie jest trochę służbowe, związane z rodzinną karierą? Wiesz: dziadek pastor, tata pastor, zatem syn, wnuk pewnie z definicji też ma zostać pastorem.

– Po części pewnie tak. Ale nie dzieje się to z automatu. Chociaż wychowałem się w domu ludzi wierzących, znaczy praktykujących, żyjących zasadami Ewangelii, to sam musiałem dokonać wyboru. Sam musiałem skonfrontować się z Bogiem. Jako nastolatek doświadczyłem czasu spotkania z Bogiem. Podjąłem wówczas decyzję, że chcę poddać się największej Miłości.

Mówiłeś, że jesteś mężem, że masz dwóch synów. Jak u Was wygląda z wiarą? Modlicie się?

– To dla nas coś zupełnie naturalnego. To normalna część naszego życia. To co przeżywamy razem z moją żoną Natalią [Niemen-Otremba – przyp. red.], słyszą nasze dzieci. Gdy jesteśmy czymś poruszeni, dzielimy się tym przy modlitwie Pismem Świętym. Rozmawiamy o tym wspólnie, szukamy rozwiązań. Wspólnie dziękujemy Bogu, prosimy o rzeczy ważne dla nas. Jeszcze raz podkreślam, że modlitwa jest dla nas czymś naturalnym, co przenika nasze życie. Uzupełnia je. Nie jest jakimś sztucznym tworem, który wchodzi w życie jak obce ciało.

Jesteś muzykiem chrześcijańskim. Czym dla Ciebie jest muzyka?

– Muzyka jest dla mnie sposobem komunikowania się z drugim człowiekiem. Jest sposobem komunikowania z Bogiem, czyli modlitwą. Muzyka może pełnić funkcję ewangelizacyjną. Patrzę na to jednak inaczej. Jeśli coś się ważnego wydarzyło w moim życiu, jeśli żyję z Bogiem, to chcę o tym komunikować, mówić tym, których spotykam. Jeśli ktoś co innego komunikuje przez muzykę, a co innego myśli, czymś innym żyje, to jest oszustem. Jakimś udawaczem. I w tym sensie moja muzyka jest ewangeliczna, bo przez nią komunikuję innym to, co przeżywam na płaszczyźnie relacji z Bogiem.

Czyli są muzycy którzy kłamią, sprzedają się za kasę? Brzmi to trochę dwuznacznie.

– Taka jest rzeczywistość show-biznesu. Kultura masowa wykorzystuje język sztuki, muzyki, aby w piękne papierki, ozdobne opakowanie zapakować coś, co jest śmierdzące i bez znaczenia. Coś, co często niszczy wewnętrzne piękno odbiorców. To przywilej artystów i muzyków, aby opowiedzieć ważną i autentyczną historię. Bywają też tacy, którzy śpiewają to, co im każą specjaliści od marketingu, byle był z tego pieniądz. Ale czy to są artyści?

Te zadania są szczególnie widoczne w muzyce ludowej. Ona służyła do tego, aby ludzie spotykali się wokół ważnych spraw, żeby opowiadali swoje historie. Tak się wychowywały całe pokolenia.

Podobnie było w Kościele. Wiele pokoleń ludzi niepiśmiennych dowiadywało się o Bogu ze sztuki, z muzyki. Dowiadywali się, jaki jest Bóg, kim On jest.

Dla mnie muzyka to zaszczyt, że mogę tworzyć, że ludzie przychodzą, aby mnie, nas słuchać. Czasem spotykamy się bez koncertu, aby się modlić. Wówczas nasza muzyka tym bardziej pomaga w komunikacji z Bogiem.

A czy jako chrześcijanin nosisz ze sobą Pismo Święte? Nie uważasz, że jako protestanci, prawosławni, katolicy mamy za mały kontakt z Pismem Świętym?

– Tak. Nie chcemy znać Słowa Bożego. Nie chcemy słuchać tego, co Bóg do nas, w naszej czasoprzestrzeni, chce mówić. A to fundamentalna sprawa: niezależnie od konfesji musimy wracać do Słowa Boga. Mamy się z nim liczyć, ono powinno być dla nas autorytetem. A Pismo Święte, takie małe, miewam ze sobą.

Pięknie by było, gdyby kiedyś nastąpił taki moment, że będzie jeden pasterz i jedna owczarnia. Mówi się często o przedefiniowaniu prymatu Papieża, aby to mogło nastąpić.

– Pragnę tego, jestem w stanie to sobie wyobrazić, że tak się stanie. Wierzę w jeden Kościół powszechny, ale również rozumiem bolesną historię Kościoła, podziały, powstawanie różnych konfesji: prawosławnej, protestanckiej czy ruchy poreformacyjne. Wierzę, że jedności nie mamy budować, ale że ona jest nam dana, gdy jesteśmy w Chrystusie. Gdy patrzę na moje życie, na moje małżeństwo, to widzę, że w pewnych kwestiach nie jestem zgodny z moją żoną, ale jestem z nią jedno. W pewnych kwestiach różnie widzimy te same rzeczy, ale ponieważ Chrystus jest z nami, ta różnica zdań nie jest kością niezgody miedzy nami, ale jest pewnym bogactwem. Czyli pewne rzeczy różnie widzimy, a jesteśmy razem.

Teraz poznanie nasze jest tylko szczątkowe. Gdy po latach spotykam ludzi świeckich i duchownych różnych Kościołów, widzę że pojawia się w nich taka Chrystusowa pokora, miłość do braci i większa wstrzemięźliwość w osądach. Osądy pochodzą od złego, nie są z Chrystusa, są ze świata, do którego nie należymy. Możemy się w czymś nie zgadzać, ale w tych najważniejszych musimy być jedno. Mamy zobaczyć rzeczy, w których jesteśmy jedno i o nich mówić. Marzę o takim Kościele, który da świadectwo o Chrystusie, o zbawieniu, które jest w Chrystusie. Taki Kościół widzę w wielu miejscach i do niego dojrzewamy. Warto pamiętać, tak na kanwie zakończonego mundialu, że gramy do jednej bramki. O zbawienie.

Mateusz Otremba „Mate.O”

(ur. 1977 we Wrocławiu) – wokalista, gitarzysta, fotografik, kompozytor i autor tekstów. Jest synem pastora Adama Otremby, byłego prezesa fundacji „Młodzież dla Chrystusa” w Polsce. Debiutował płytą „Totalne uwielbienie” (1998) nagraną na żywo we Wrocławiu, a cztery lata potem ukazał się jego drugi album „Jesteś dobry dla mnie” (2002) z pogranicza muzyki soulowej i jazzowej.  W czerwcu 2004 roku na konferencji dziecięcej „Dawid Wojownik” zarejestrował nagrania ze spontanicznego uwielbienia, które zostały wydane na płycie „Piosenki młodych wojowników”.

Oceń ten artykuł



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.