Z Kingą Lityńską, poznanianką, autorką książki „Chiny nie do wiary”,  tegoroczną laureatką nagrody literackiej Bursztynowego Motyla im. Arkadego Fiedlera, rozmawia Anna Kot.

Nadal mieszka Pani w Chinach, dokąd wyjechała Pani sześć lat temu? Czy ciekawość świata i ludzi pognała już Panią w inne rejony Azji? 

Po nagrodę Bursztynowego Motyla przyjechałam z Indii. Jestem tam już pół roku.  

Aż się prosi o porównanie z Chinami. 

Indie są pod wieloma względami podobne do Chin, ale intensywność wrażeń jest trzy razy większa. Hindusi robią trzy razy tyle zdjęć co Chińczycy, panuje trzy razy większy tłok niż w Chinach, trzeba trzy razy tyle obcować z tymi ludźmi, jest to trzy razy bardziej męczące. Jednak jest różnica diametralna – Chińczyk jest uczciwy, a Hindus nie.  

Ale chyba nie wszyscy, generalizowanie jest ryzykowne.  

Oczywiście, ale przebywając i w jednym, i drugim kraju, powiedziałabym, że tak się zachowuje szeroko pojęta ulica. Na przykład w Chinach dezodorant, balsam, cokolwiek pozostawione w komunalnej łazience rano czy wieczorem będzie czekało nietknięte w tym samym miejscu. Nawet jeśli ktoś go użyje, to nie weźmie tego szamponu nigdy w życiu, bo to jest dla Chińczyka dyshonor. Bo jeśli by wiedział, że to jest własność kogoś z Zachodu, to by umarł ze wstydu przed innymi, ale przede wszystkim przed samym sobą, ponieważ pokazałby w ten sposób, że go nie stać, aby kupić sobie własny. Reasumując, Chińczyk ma dumę, a Hindus – nie. A jak nie masz wstydu ani dumy, to zrobisz wszystko. 

fot. Kinga Lityńska

Jak to Chińczyk ma poczucie wstydu, skoro w swojej książce pisze Pani, że wielu z nich załatwia potrzeby fizjologiczne na ulicy.  

Zgadza się, to jest chyba jedyna sfera życia, w której to poczucie wstydu nazwałabym – z punktu widzenia naszej kultury – dyskusyjnym, ale żeby np. niegrzecznie się zachować albo ukraść, skłamać? Bo Hindus na dodatek okłamuje, zwłaszcza turystę z tego lepszego, bielszego świata. Bo dla nich jesteśmy chodzącymi bankomatami. Panuje tam zbiorowa solidarność: biją sobie brawo, bo jeden drugiemu dał zarobić na obcokrajowcach. Widziałam to na przykładzie taksówkarzy, których na swój użytek nazwałam tuktukarzami. Zapytany o możliwość dojazdu do jakiegoś miejsca środkami miejskiej komunikacji Hindus z całą pewnością powie, że takiej opcji nie ma – a przecież jest! – i wskaże najdroższy tuk-tuk, czyli tamtejszą taksówkę.  

Mówiła Pani, że Hindusi błyskawicznie zagadują i przepytują turystów, o wiele intensywniej niż Chińczycy. 

Rzeczywiście, proszę sobie wyobrazić, że siedziałam sobie na ławce i jadłam lody w Nowym Delhi. Nie było jeszcze godziny 11, a już z 15 Hindusów mnie przepytywało, co tam robię i dokąd idę. Nie mogli pojąć, że nie wiem, bo jeszcze o tym nie myślałam. Ale w taki mniej więcej sposób nawiązałam kontakt z Arunem, który był uczciwy i nam, czyli mnie i mojemu przyjacielowi Izakowi z Kanady,  pomagał, nie oszukując i nie wykorzystując. Na przykład widząc, że prawie duszę się w zanieczyszczonym spalinami i piaskiem powietrzu – nawiasem mówiąc Indie są zatrute spalinami – znalazł doskonałego lekarza, zaprowadził do niego i… zapłacił, a potem pomógł znaleźć hotel w nieturystycznej miejscowości pod Bikanerem w Radżasthanie. 

Mieliście szczęście – lekarze nigdzie na świecie nie są tani.  

Otóż nie. Indie są po prostu śmiesznie tanie – oczywiście jeśli wydawać tam pieniądze zarobione np. w Europie. To były grosze – wizyta lekarska kosztowała 50 rupii, czyli… 3 złote. Hindusi są bardzo szybcy w działaniu, ja nawet nie zdążyłam wyjąć portfela, a Arun już płacił – a co najważniejsze – zmieniam temat – zaprosił nas na wesele swojego znajomego na wieś. Ale jakie to było wesele! Tak ubrali Izaka i mnie, że myśleliśmy, iż to nasz ślub…. 

fot. Kinga Lityńska

Obowiązywały jakieś specjalne, regionalne stroje?   

W tym sensie specjalne, że nie mogliśmy być ubrani po europejsku. Zostaliśmy przyodziani – jak ja to mówię – w mundurki. Ja miałam tradycyjne sari, w których chodzą kobiety.  Cała ulica indyjska – kobiety i mężczyźni, a zwłaszcza kobiety, wyglądają jak wyjęci z planu filmowego albo teatralnego. Te szaty są powłóczyste, piękne, kolorowe, z ornamentami, mają brokat albo kamienie na głowie. Ale jakkolwiek by one kolorowe nie były i różne jeden od drugiego, to te kobiety wyglądają tak samo. Bo sari ma ten sam krój – rękaw jest krótki, brzuch odsłonięty, a wiązanie zapinane zwyczajną szpilką. Sari to wielka płachta materiału, którym kobiety się obwiązują, upinają szpilkami albo agrafkami i idą do roboty.  

Jak to do roboty?  

Ba, do każdej roboty – w sari nawet sprzątają dworce kolejowe. One się nie przebierają w uniformy ochronne, tylko wkładają pomarańczowe kamizelki na sari. To wygląda momentami komicznie. Kiedy pytałam miejscowe kobiety, czy nie czują się skrępowane, to nie umiały mi odpowiedzieć na to pytanie. Chyba nawet nigdy się nad tym nie zastanawiały – tak się ubierają, bo tak ubierały się ich mamy i babcie. Takie sari wypożyczyła mi żona Aruna, nie było ryzyka, że nie będzie na mnie pasowało, bo skoro to jest kawał tkaniny, to czy kobieta waży 50 czy 150 kg to nie ma znacznie, ponieważ nim się obwiązuje. Dodatkowo uczesała mnie, dała dużo złotej biżuterii. A Izak dostał garnitur. Odkąd go znam, czyli od sześciu lat, jeszcze nie widziałam swojego faceta w garniturze. A jak go zobaczyłam, to mało nie padłam – zakochałam się ponownie. Wyglądał pięknie – nawet powiedziałam, że teraz będzie musiał tak zawsze chodzić ubrany, bo jak włoży tę swoją bluzę, to ja już nie chcę nigdzie się z nim pokazywać.  

fot. Kinga Lityńska

Ślub to uroczystość religijna? 

Oczywiście, to ceremonia religijna, hinduska. Młodzi przyjechali na wesele wołami, tak jak my przyjeżdżamy  samochodami. Oboje byli ubrani w bardzo krzykliwe stroje, całe błyszczące, czerwono–czarne, obsadzane kamieniami. Co mnie dość mocno, zdziwiło wesele się odbywało najpierw, a dopiero potem ceremonia zaślubin – gości się bawili, jedli,  tańczyli, a państwo młodzi byli przygotowywani do ślubu. Druhny ubierały pannę młodą w jednym pomieszczeniu, a pan młody został zabrany do osobnego pokoju. O godzinie 12 weszli oboje po ślubnym kobiercu na podium, na którym były przygotowane dwa trony. Podchodzili do nich poszczególni członkowie rodziny: raz z jej strony, raz z jego i dawali im pieniądze.  

Tak po prostu? Bez koperty, karteczki okolicznościowej z życzeniami? 

A tak po prostu, ba! oni nawet nie patrzyli na te pieniądze, tylko panna młoda podawała je druhnie, a ta wkładała wszystko do koszyka. Cała uroczystość była bardzo smutna – młodzi w ogóle się nie uśmiechali. Nowożeńcy byli bardzo poważni, więc się zastanawiałam, czy taki jest rytuał, bo to poważna skądinąd ceremonia, czy faktycznie nie jest to zbyt szczęśliwy dzień w ich życiu, ponieważ w Indiach, zwłaszcza na wsiach, młodzi przed ślubem się nie znają. O wyborze małżonków decydują rodzice, którzy bardzo dbają, aby nie doszło do mezaliansu, dlatego z góry wiadomo, kto za kogo wyjdzie. 

A młodzi się na to zgadzają, nie protestują?  
W Radżasthanie rozmawiałam o tym z szesnastoletnią dziewczyną. Podtrzymując rozmowę, zapytałam grzecznościowo, czy ma chłopaka. Przytaknęła. Kiedy dociekałam, czy jest on fajny, dowiedziałam się, że nie ma pojęcia, ponieważ jeszcze go nigdy nie widziała. I wtedy wyjaśniła mi, że w Indiach małżeństwa są dobierane. Nie umiała też podać daty ślubu. Największe zdumienie wzbudziła jednak we mnie jej radość i pewność, że nie ma nic wspanialszego niż to, by poznać swojego męża w dniu ślubu. I wygląda na to, że tamte dziewczęta w to wierzą.

____________________________________

fot.w.wylegalski

Kinga Lityńska – podróżniczka, pisarka, laureatka Bursztynowego Motyla za najlepszą polską książkę 2016 roku o tematyce podróżniczej i krajoznawczej.

 

 

 

 

 

 

 

Indie nie do wiary
1 (16.67%) 1 ocen.


źródło: Anna Kot

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.