Spotkanie Przymierza Miłosierdzia. Siedzimy przy stole – akurat jest przerwa na kawę, po konferencji. Zwykła dziewczyna. Może trochę nieśmiała, ale kiedy zaczynamy rozmawiać o Miłosierdziu, pojawia się ten błysk w oku i słowa płyną same. 

Justyna, jak to było, że Miłosierdzie cię uratowało? 

Był to czas, kiedy żyłam w wielkim cierpieniu i zagubieniu, obijając się od jednej głupiej decyzji do drugiej, jakoś po omacku szukałam sposobu na to, żeby przetrwać i w miarę możliwości nie oszaleć. Często chodziłam po ulicach miast bez celu, czasami wchodziłam do jakiegoś kościoła, żeby posiedzieć z kapturem naciagniętym na głowę. Nie, nie modliłam się, patrzyłam tylko na krzyż. Czasami patrzyłam też na konfesjonał, ale żyłam jakimś przekonaniem, że miłosierdzie Boga nie jest dla mnie, bo jestem gdzieś w takim miejscu życia, że prędzej usłyszę w konfesjonale oskarżenia niż przebaczenie. 

Kilka razy śnił mi się wtedy chłopak, który miał raka twarzy. Miał dziurę w policzku, było mu widać zęby. Ale był pogodny. Chciał, żeby siedzieć przy jego łóżku i czytać mu „Dzienniczek” siostry Faustyny. I w tych snach siedziałam i mu czytałam. Nie pamiętałam tamtych słów, które czytałam, ale pamiętam, że w tych snach bardzo mnie to poruszało, płakałam. Były to naprawdę realistyczne sny. Tak bardzo, że po przebudzeniu bałam się, że po prostu mi odbija. Bo poza snami nigdy wcześniej po ten „Dzienniczek” nie sięgnęłam. 

Niedługo później na mojej drodze pojawił się pewien zakonnik, który postanowił mi pomóc. Do dziś nie wiem, dlaczego mu zaufałam, chociaż w zasadzie go nie znałam. W każdym razie na skutek splotu różnego rodzaju okoliczności pojechałam do jednego z domów zakonnych za granicą, żeby tam pomóc w pracy i jednocześnie trochę ogarnąć swoje życie. Jednym z warunków mojego pobytu tam było codziennie uczestnictwo w Eucharystii i adoracji. Podczas adoracji mnie roznosiło. I któregoś razu jeden z zakonników dał mi do ręki „Dzienniczek” w języku tego kraju, w którym byłam. Od razu stanął mi przed oczami tamten chłopak: ciemne włosy, jasnożółty podkoszulek, czapeczka z daszkiem. Zaczęłam mozolnie, słowo po słowie przebijać się przez obcy język, a przez to też chyba Miłosierdzie powoli zaczęło sączyć się i delikatnie nawadniać tą wyschniętą, obumarłą krainę mojego serca. 

Zaczęło się we mnie rodzić pragnienie spowiedzi. Ale umiejętności językowe pozwalałaby mi na „wymieniankę” grzechów, a ja chciałam opowiedzieć moje życie. Całe oddać je Bogu. Pozwolić, by zanurzył każdy grzech i każdą moją ranę w tym morzu Miłości, o którym czytałam. 

 

Spacerowałam kiedyś po mieście i weszłam do kościoła, jak się później okazało, karmelitów. Śpiewał jakiś zespół młodzieżowy. Posłuchałam piosenek. Za tydzień przyszłam znów. Kiedy tylko przekroczyłam próg, zobaczyłam, jak ojciec z konfesjonału macha ręką, że mam podejść. Więc rozejrzałam się na początku, czy to w ogóle chodzi o mnie. Nikogo innego w tym rejonie kościoła nie było. Później w panice sprawdziłam, czy nie stanęłam na jakimś zakazanym miejscu i czy przypadkiem nie mam jakiegoś niestosownego dekoltu w bluzce, ale wszystko było w porządku. Spodziewałam się, że chce na mnie nakrzyczeć, że zrobiłam coś nie tak, skoro mnie woła. A ojciec chciał tylko zapytać, czy mi się tutaj podoba, bo widzi mnie już drugi raz. Trzeba powiedzieć, że w tym kraju nie ma zbyt wielu katolików, więc nowa „dusza” jest szybko zauważana. Wkrótce okazało się, że ojciec, który na mnie machał z konfesjonału, przez kilka lat był w klasztorze w Polsce i całkiem nieźle rozumie po polsku. Mogłam więc wyspowiadać się tak jak chciałam – „do dna”. 

Minęło kilka lat. Przygotowując prezentację na zajęcia o Wspólnocie Przymierze Miłosierdzia, czytałam książkę napisaną przez założycieli. I wtedy natrafiłam na historię tego chłopaka – Paulo Roberto, który chorował na raka twarzy, a jego cierpienie stało się jednym z filarów Wspólnoty. Serce zaczęło mi bić tak szybko, że prawie dostałam zawału. Sprawdziłam datę jego śmierci. Sprawdziłam w moich tajnych zapiskach… Śnił mi się w roku, w którym zmarł. Nie potrafię tego wytłumaczyć w sposób racjonalny, chociaż bym chciała. Ale mam przekonanie, pewność w sobie, że to on mi się wtedy śnił i przygotowywał moje serce na przyjęcie Miłosierdzia. 

Zdaję sobie sprawę z tego, że ta historia ze snami może brzmieć nieprawdopodobnie. No, ale trudno – tak było. Bo to nawet nie chodzi o te niecodzienności, ale o Jezusa. Bo Miłosierdzie, nasz Bóg, nikogo nie przekreśla, ale szuka nas i obmyśla sposoby, by dotrzeć do każdego. Nawet na takie sposoby, które dla innych mogą wydawać się dziwaczne, ale dla ciebie będą zrozumiałe. I tylko ty możesz z Niego zrezygnować. On nie zrezygnuje z ciebie nigdy. 

Miłosierdzie, które ratuje życie 
5.6 (93.33%) 5 ocen.



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.