Nie ma jeszcze nocy, a za oknem już od kilku godzin jest ciemno. Do tego pada zimny deszcz i wieje wiatr. Mam więcej pracy niż zwykle. Niby jest tyle rzeczy, którymi mogłabym się cieszyć, ale wydaje się to mało ważne. Nie mogę wykrzesać z siebie energii, a tym bardziej entuzjazmu. 

Specjaliści mówią, żeby w takim czasie spotkać się z bliskimi, zrobić dla siebie coś przyjemnego, odpocząć, pobyć na łonie przyrody, pójść do kina, na basen. Zakładając, że znalazłabym na to czas, to dla mnie za mało. Chodząc po lesie czy będąc na kawie z przyjaciółmi i tak zastanawiam się, „po co to wszystko”. Odpoczynek czy rzeczy dające radość też są ważne, ale jest coś o wiele ważniejszego, głębszego, co sprawia, że i te przyjemne i te uciążliwe momenty życia stają się czymś więcej niż tylko czasem przeciekającym przez palce. Dzieje się tak, kiedy odnajdziemy sens. 

Niestety nie jest tak, że poczuciem sensu da się tak po prostu sterować. Nie pojawia się na zawołanie. Człowiek musi widzieć powód szczęścia. Ale kiedy tylko takowy odnajduje, natychmiast doświadcza go jako czegoś, co go uszczęśliwia. Nie da się odnaleźć szczęścia jako takiego, ale zawsze istnieje coś, co sprawia, że je odczuwamy.   

Viktor Frankl, psycholog, który zajmował się znaczeniem poczucia sensu, pisał, że ze szczęściem jest podobnie jak ze śmiechem. Aby się ktoś roześmiał, musimy dać mu do tego powód, na przykład opowiedzieć dowcip. Niemożliwe jest wywołanie u kogoś śmiechu na siłę. Wtedy zawsze widzimy, że jest to udawane, nienaturalne. Śmiech pozostaje pusty. 

Obserwując życie swoje i innych ludzi, na pewno zauważamy, że zwykle za szczęśliwych uważają się ci, którzy są zadowoleni ze swojej pracy, osiągnięć albo ci, którzy doświadczają dobra, piękna a zwłaszcza miłości w relacjach z innymi ludźmi. Paradoksalnie szczęśliwi są też ci, którzy znoszą nieuniknione cierpienie – w trudnej sytuacji dostrzegają okazję do duchowego wzrostu. 

Sens życia nie zależy więc od stopnia użyteczności, jaką człowiek sobie obecnie przypisuje, ani nawet od nawału czy braku pracy. Jest czymś, co każdy może odnaleźć w swoim wnętrzu. Chrześcijanie mają może łatwiej, bo mogą oprzeć się na Bożych obietnicach zawartych w Piśmie, że Bóg ma dla każdego z nas plan, że każdy z nas jest na świecie w jakimś celu. Nawet gdybyśmy sami o tym zapomnieli, to On nam przypomina.  

I tak w listopadowy wieczór, kiedy kalendarz krzyczy rzeczami, które trzeba zrobić „natychmiast”, kiedy rozsądek podpowiada „idź pobiegać, świat się nie zawali, jeśli 45 minut cię nie będzie”, najważniejsze jest to, by spojrzeć w swoje serce, a może w serce samego Boga i odczytać to, że to On jest Panem mojego życia, mojego czasu, mojej drogi życia. To oznacza nie tylko obowiązki i trud, ale też pewność, że żadna moja chwila nie jest bezsensowna, bo jest przez Niego chciana i wpisana w historię zbawienia świata. 

Ciebie też dopada jesienna melancholia?
O sensie listopadowych wieczorów 
6 (100%) 2 ocen.


źródło: Justyna Nowicka

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.