Nasz Tomek ma niewiele ponad dwa lata. Kiedy tylko zadzwoni komórka, zaczyna krzyczeć „ja, ja, ja”. Jeśli to ktoś znajomy, dajemy mu do rączki telefon, żeby też przez chwilę mógł porozmawiać. A robi to nader profesjonalnie. Starsze dzieci chowają do kieszeni podłużne klocki, i co raz udają, że do kogoś dzwonią. Pod pachą trzymają książkę, czyli „laptop”, siadają na łóżku i sprawdzają coś ważnego. Naśladują nas na każdym kroku, stety-niestety. I bardzo lubią słuchać opowieści o zamierzchłych czasach, kiedy nie każdy miał w domu komputer, gry ładowały się z kaset nawet godzinami, a słowo „Internet” nie istniało w powszechnej świadomości.

Szybko zapewne nadejdzie ten moment, w którym wymyślone sprzęty będą chcieli zastąpić prawdziwymi. Już teraz co jakiś czas przebąkują o tablecie (bo Franek ma), czy komórce (takiej, na której można oglądać bajki). I nie ma co się zapierać rękami i nogami, choć prawdę mówiąc chętnie trzymalibyśmy ich z dala od tego wszystkiego, jak długo się da. Przedstawiana przez media – nomen omen – rzeczywistość, sprawia, ze strach się bać o dorastające dzieci. A jak wiadomo, strach dobrym doradcą nie jest.

Jeszcze nie wiem, kiedy jest odpowiedni moment na zakup komórki dla dziecka, kiedy (i czy w ogóle) podarować mu tablet. Te decyzje ciągle jeszcze przed nami. Ale wiemy jedno. Już teraz możemy nasze dzieci przygotowywać do wejścia w ów świat techniki. Marzy mi się znalezienie złotego środka, pokazanie, że (prawie) wszystko jest dla ludzi, że można korzystać, byle z rozsądkiem i umiarem. I marzy mi się umiejętność świecenia przykładem, już teraz. A więc trzeba starać się ciągle na nowo: bawić z dziećmi bez telefonu w okolicy, gotować obiad bez zerkania w komórkę, wieszać pranie bez telewizji, jeść kolacje bez meczu w tle (z małymi wyjątkami), spotykać ludzi (również) w realu, rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać i może samemu czasem korzystać z mniej popularnych środków przekazu, takich jak radio czy gazety. Kiedyś przyjdzie też czas na klasyczną i konkretną pogadankę o szkodliwości ślęczenia przed monitorem i o internetowych zagrożeniach. Ale zgaduję, że mało co trafi do dzieci potem, jeśli już teraz pewnych zachowań nie będą uznawały za oczywiste. 

Już przedszkolaki można rozsądnie oswajać z ogromem informacji, żeby się potem nimi nie zachłysnęły, pokazywać, że w sieci można znaleźć nie tylko bajki, ale dużo ciekawostek na przeróżne tematy, tłumaczyć przy okazji działanie portali społecznościowych – widzą przecież, co robimy – i konfrontować to wszystko z rzeczywistością. I znów własnym przykładem pokazywać, że ten wirtualny świat, nawet jeśli wciągający, jednak nie jest tak fascynujący jak otaczająca nas rzeczywistość, nazwijmy ją, realna. Przyroda, relacje z ludźmi, miasta i wioski, pola i lasy, podróże, wycieczki, jednym słowem wspólnie spędzony czas – to najlepsza inwestycja w przyszłość.

„Wiesz, mamo, wczoraj w sklepie widziałam, nie uwierzysz, ten płyn do mycia, co wszystko czyści. Mówili w reklamie. Musimy go kupić”. Uwierzyłam. I jeszcze pokazałam kilka innych płynów, najlepszych, które zmyją każdą plamę. Dobra okazja, by wyjaśnić, jak działają reklamy. Po co są, jak do nich podchodzić. Dobra okazja, by powoli wykształcać w dziecku zdrowy krytycyzm i dystans w stosunku do tego, co usłyszą w telewizji, co przeczytają w Internecie. Choć, z drugiej strony, szkoda tej dziecięcej ufności, niewinności i wiary w świat. Życie.

Wiadomo, że nasze wychowawcze wysiłki niczego nie gwarantują, ale wierzę, że – również w pozytywnym sensie – „czym skorupka za młodu…”, że zawsze coś zostaje. Pomagamy kształtować pewne postawy, a tym samym pośrednio możemy wpłynąć na późniejsze wybory naszych dzieci, zarówno te związane z używaniem nowych technologii, jak i poważniejsze, w relacjach międzyludzkich. W jakim stopniu – chyba trudno przewidzieć i tego też warto mieć świadomość. Środowisko rówieśnicze zrobi swoje, świat zmienia się, że nad wszystkim kontroli nie mamy i mieć nie będziemy. Ale przecież nie o kontrolę tu chodzi ale o pomoc w wykształceniu umiejętności – u siebie też – mądrego korzystania z tego, co świat oferuje. Daj Boże cierpliwość.

Jak wspomniałam, to wszystko jeszcze przed nami. Czas zweryfikuje nasze myślenie. Nie wiem, jak się zachowamy, gdy nasze i dzieci pochłonie Internet. A może nie pochłonie? Może coś zgoła innego będzie dla nich atrakcyjne?

Żyjemy w takich a nie innych czasach, nie jesteśmy „amiszami”. Starszym puszczamy bajki, odpowiadamy na pytania również przy użyciu Internetu, wiedzą, co to są gry komputerowe, wystukują na klawiaturze swoje „powieści”, choć jeszcze nie do końca pisać potrafią, a Tomek cieszy się najbardziej, kiedy na monitorze pojawia się jego buzia. Tylko czteromiesięczny Antoni leży spokojnie w łóżeczku, nieświadomy całego tego technologicznego zamieszania. Być może, gdy on będzie dorastał, młodzież będzie interesować coś zupełnie innego, czego teraz jeszcze nie ma, o czym się filozofom nie śniło.

Oceń ten artykuł


źródło: Beata Legutko

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze