Chyba nie przesadzę, kiedy stwierdzę, że końcówka 2016 roku w Europie upłynęła pod znakiem berlińskiego zamachu terrorystycznego. Wydaje mi się, że nie przesadzę również kiedy napiszę, że początek nowego roku upłynął również pod znakiem strachu i paniki, które zostały wywołane przez tych samych ludzi. Tzw. Państwo Islamskie uderzyło z wielką mocą. Zachód, który utożsamiany jest przez islamskich fundamentalistów z chrześcijaństwem ma się bać! 

„Drżyjcie krzyżowcy” 

W niemieckim dzienniku „Suddedeutche Zeitung” w dzień po zamachu w Turcji, można było wyczytać, że „terroryści osiągnęli swój cel”, którym było wywołanie strachu. Tzw. Państwo Islamskie uderzyło w samo centrum pogaństwa, jakim były obchody nocy sylwestrowej. Z kolei „Frankfurter Allgemeine Zeitung” porównuje zamach w Berlinie do ataku na salę koncertową Bataclan w Paryżu w listopadzie 2015 roku. Obydwa dzienniki, jak również spora część „wolnych” mediów ubolewa i łączy się w bólu z ofiarami przemocy. Ja też się łączę w bólu z ofiarami przemocy, ale razi mnie fakt, że Europa zaczyna mówić o zdziczałych fanatykach z jakiegoś tam państewka obwołanego na zapyziałym targu w Iraku, dopiero wtedy, kiedy strach zagląda w europejskie salony. 

O najsłabszych zapomina się najszybciej 

Obydwa zamachy były dokonane z premedytacją. Wymierzone były w chrześcijan. Jarmark adwentowy i noc sylwestrowa, czy się to komuś podoba, czy nie, to wydarzenia obchodzone w kulturze chrześcijańskiej. Nie istotnym wydaje się fakt, że podczas jarmarków adwentowych żłopie się wino, a w tureckim nocnym klubie bawili się szejkowie z Bliskiego Wschodu. Ważne, że „chrześcijańska Europa boi się coraz bardziej” – wyczytać możemy w „Suddeutche Zeitung”. Owszem zamach dokonany w pierwszych godzinach nowego roku, możemy odbierać jako zapowiedź „wypraw księżycowych” do walki z niewiernymi chrześcijanami, w pogańskieh Europie. Jednak warto tym wszystkim krzykaczom uzmysłowić, że walka z prawdziwą, a nie tylko „udawaną wiarą” trwa, i to już od paru ładnych lat. Kto dziś mówi o chrześcijanach, którzy byli sprzedawani na targu niewolników kilka lat temu w Al Rakce, albo o spalaniu żywcem w piecu młodego chrześcijańskiego małżeństwa w Indiach? Albo czy ktoś tak samo rozpaczał, kiedy w ubiegłym roku w Niedzielę Zmartwychwstania – najważniejszego dla chrześcijan święta –  w Pakistanie wysadził się islamski zamachowiec zabijając 78 chrześcijan i raniąc ponad 300 osób? W końcu warto zapytać, dlaczego „wolne”, niemieckie media z taką opieszałością informowały opinię publiczną o próbie podpalenia bezdomnego mężczyzny w Wigilię Bożego Narodzenia w berlińskim metrze przez dwóch „biednych uchodźców”, którzy byli lepiej ubrani niż niejeden Polak? Odpowiedź wydaje się prosta, ale niestety bardzo smutna. O najsłabszych zapomina się najszybciej. 

Smutna prawda 

Gdyby ten podpalony mężczyzna z berlińskiego metra był, np. czynnym homoseksualistą, albo gdyby spalone małżeństwo w Indiach było jednopłciowe, a zabici w Pakistanie chrześcijanie byli ateistami to istnieje spore prawdopodobieństwo, że do zamachów z przełomu 2016 i 2017 roku mogłoby nie dojść. Dlaczego? Bo poszkodowanymi byli tylko chrześcijanie, których można kopać, a oni i tak mają siedzieć cicho. W przeciwnym razie nazwie się ich „oszołomami”, „ksenofobami” lub innymi „nietolerancyjnymi” epitetami. Wynika zatem z tego, że kampania ratowania chrześcijan z Aleppo i z całego Bliskiego Wschodu to jednak farsa. Chrześcijanie są prześladowani przez zwyrodniałych obywateli tzw. Państwa Islamskiego, a w Europie głośno się nie mówi o ich cierpieniu, bo to nie wpisuje się w tony ucywilizowanej demokracji.  

Jazda bez trzymanki 

Bycie chrześcijaninem dziś to już nie tylko „obciach”, ale to „jazda bez trzymanki”. Nie chodzi mi tutaj o jazdę na szybkiej kolejce w wesołym miasteczku, ale o autentyczne osamotnienie chrześcijan we współczesnym świecie. Bycie chrześcijaninem dziś wiąże się nie tylko z dokonywaniem wymagających wyborów życiowych, ale również jest grą w ciemno. Okazuje się, że prześladowania chrześcijan na Bliskim Wschodzie, Afryce, czy w Azji nic nie nauczyły europejskich twardogłowych. To może frustrować, ale bardziej boli fakt, że eksterminacja ludzi ochrzczonych spływa po części Europy jak po „kaczce”. Co więcej ta „jazda bez trzymanki” pokazuje, że dziś, przeciętny chrześcijanin może być traktowany jako „chłopiec do bicia”. Czy zatem bycie chrześcijaninem w 2017 roku to wyzwanie? Zdecydowanie tak – to jazda bez trzymanki”. 

Chrześcijanin w 2017 r. jeździ bez trzymanki 
6 (100%) 1 ocen.


źródło: ks. Paweł Kucia

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze