Syria ciągle spływa krwią. Wojna trwa od 2001 r., pochłaniając setki tysięcy ofiar. Jak podczas każdej wojny, najbardziej cierpi ludność cywilna. Również chrześcijanie, którzy w Syrii mieszkają „od zawsze”, doświadczyli dramatu eksterminacji. W perspektywie konfliktu, który na szczęście zmierza ku końcowi, wielu obserwatorów, ale i samych chrześcijan tam mieszkających zadaje pytanie: „czy koniec wojny będzie równoznaczny z końcem prześladowań chrześcijan?”.  

Syria od zawsze była tolerancyjna 

To pytanie nie jest bezpodstawne. Przez ostatnich sześć lat syryjska ziemia doświadczyła wiele cierpienia. Niejednokrotnie przeciwko sobie występowali sąsiedzi, przyjaciele, a nawet członkowie rodziny. Jednak w Syrii nie zawsze tak było. Mało kto to pamięta, że przed wojną i tzw. arabską wiosną, której efektem jest m.in. powstanie tzw. Państwa Islamskiego, Syria była bardzo dobrze rozwijającym się krajem. Może ludziom nie żyło się jak w bajce, ale była praca, wystarczające zarobki i to, czego brakuje dziś: tolerancja. Chrześcijanie byli na tych ziemiach od zawsze. Od zawsze też potrafili współżyć z muzułmanami. Owszem, czasami bywało gorzej. Jednak nigdy nie było tak źle jak jest dzisiaj.  

Chrześcijan utożsamia się z Baszszarem al-Asadem  

Problem prześladowań chrześcijan jest rzeczywiście skomplikowany. ISIS wciąż dokonuje publicznych egzekucji tych, którzy nie wyrzekną się wiary w Jezusa. To budzi niechęć i wolę sprzeciwu, jednak zanim wojna domowa w Syrii nabrała charakteru religijnego, była wymierzona w rządy dyktatora. Baszszar al-Asad władzę przejął po ojcu Hafizie al-Asadzie w 2000 r. Rebelianci początkowo wystąpili przeciwko rządom silnej ręki. Wspomniany wcześniej Hafiz w 1970 r. zagwarantował chrześcijanom pełnię swobód i praw obywatelskich, „kupując” tym samym ich przychylność. Ten historyczny szczegół zaważył na tym, że chrześcijanie w Syrii do tej pory często utożsamiani są z reżimem al-Asada. Oczywiście syryjscy rebelianci, podobnie jak w udało i się w Iraku, pod przykrywką demokratycznych haseł chcieli wprowadzić prawo szariatu. Tym samym wróg polityczny automatycznie stał się wrogiem religijnym. 

Syryjczycy nie chcą powtórzyć błędów, jakie popełniono w Iraku 

Demokracja sama w sobie to dobre, choć wymagające idee. Jednak należy pamiętać, że jest ona charakterystyczna dla społeczeństwa europejskiego i północnoatlantyckiego. Próby wprowadzenia demokracji w krajach o innej kulturze politycznej często kończyły się fiaskiem. Doskonałym przykładem może być Irak, kolebka tzw. Państwa Islamskiego, gdzie po ewakuacji wojsk Koalicji do władzy doszli radykalni fanatycy, których pierwszym działaniem było pozabijanie wszystkich amatorów demokracji w wydanie bliskowschodnim. Oczywiście „po głowie” dostało się chrześcijanom, którzy byli utożsamiani z Amerykanami. Efektem tego (jednym z wielu) był eksodus wyznawców Chrystusa. Przez dziesięć lat Irak przymusowo opuściło milion ochrzczonych, wielu zostało zgładzonych. 

Czy demokracja rozwiąże problem? 

Tego samego obawiają się chrześcijanie w Syrii: czy wojna, która się skończy nie będzie początkiem czegoś jeszcze bardziej gorszego i radykalnego? Stronę ISIS wspierają (mniej lub bardziej oficjalnie) Arabia Saudyjska i Libia. Tym krajom daleko do zachodnich standardów demokratycznych. Reżim al-Asada też nie ma wiele wspólnego z demokracją. Zatem rodzi się pytanie: jak powrócić do względnej stabilności politycznej i religijnej tego regionu? Gra toczy się o miliony istnień, ale również o losy kolebki chrześcijaństwa. 

Oceń ten artykuł


źródło: ks. Paweł Kucia

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.