W ostatniej dekadzie z Iraku uciekło przeszło milion chrześcijan. Spora ich część przedostała się do sąsiednich krajów. Szczególnie bezpiecznym dla nich miejscem jeszcze przed 2011 r. była Syria. Jednak problem pojawił się znów, kiedy w kraju rządzonym przez Bashara al-Assada wybuchł konflikt zbrojny. Stłoczeni chrześcijanie, i nie tylko, nie mieli wyjścia. Kierunkiem ucieczki był Liban. 

Po kolei, ale w skrócie 

Kiedy w 2003 r. rozpoczęła się misja stabilizacyjna USA w Iraku, chrześcijan w tym kraju było około 1,5 miliona. W miarę upływu czasu ich liczba stale topniała. Iracki Ruch Oporu w tamtym czasie był odpowiedzialny za działania prowadzące do destabilizacji ówczesnej administracji irackiej wspieranej przez USA. W jaki sposób starano się siać chaos? W prosty – terrorem. Pierwszym celem stali się cywile, jednak później okazało się, że ów Ruch Oporu (zalążek dzisiejszego tzw. Państwa Islamskiego) zawęził potencjalnych „adresatów” ataków bombowych do chrześcijan i tych, którzy im pomagali. W dosyć dużym stopniu właśnie to, uzupełnione o strach zwykłych, niechrześcijańskich obywateli sprawiło, że wyznawcy Chrystusa musieli poszukać sobie innego domu. 

Gdzie się schronić? 

Irak graniczy z sześcioma krajami: Turcją, Iranem, Kuwejtem, Arabią Saudyjską, Jordanią i Syrią. Zatem na pierwszy rzut oka jest sporo możliwości, żeby uciec przed prześladowaniami. Jednak to nie takie proste. Najlepiej byłoby uciec do Turcji, która wydawała się „najbardziej cywilizowanym” państwem, jeśli chodzi o tolerancję religijną. Jednak ówczesny premier (dziś prezydent) Receep Erdogan bardzo uszczelnił granicę turecko-iracką. Podobnie było z Kuwejtem, tu jednak zadziałali Amerykanie, którzy nie chcieli zbyt obciążać (lub narażać) swojego sojusznika. Do Jordanii chrześcijanom było za daleko, poza tym kraj ten początkowo wydawał się mało przyjaznym miejscem. Do Iranu i Arabii Saudyjskiej chrześcijanie, jeśli już daliby radę jakimś cudem się przedostać, trafiliby tam najprawdopodobniej jako niewolnicy. Zatem została Syria… 

Z deszczu pod rynnę 

Mało kto wie, ale w Syrii od 1963 r. panował stan wyjątkowy. Jego powodem był konflikt militarny z Izraelem. Tym samym spora część swobód obywatelskich była zawieszona. Nie przeszkadzało to jednak chrześcijanom. Tylko tam w tym czasie mogli czuć się względnie bezpiecznie. Jednak na fali tzw. Arabskiej Wiosny również w Syrii doszło do antyrządowych protestów, które zostały spacyfikowane. Cały świat był oburzony, nikt jednak nie zareagował. Na Arabskiej Wiośnie położyli łapy sunnici z Arabii Saudyjskiej i innych szemranych państw (ISIS) – rozpoczęła się wojna. Chrześcijanie znów zaczęli stanowić element niepożądany. Tym razem mogli liczyć tylko na Liban. W końcu 40% populacji tego kraju to chrześcijanie.  

Liban pęka w szwach, również tych religijnych 

Liban nie zezwala na powstawanie obozów dla uchodźców przy granicy libańsko-syryjskiej. Powodem takiej decyzji jest obecność od 1948 r. na terenie tego kraju obozów dla uchodźców palestyńskich. Jednak nie zmienia to faktu, że na ziemiach graniczących z Syrią obecnie znajduje się blisko tysiąc nielegalnych obozowisk. Syryjczycy ze względu na zawirowania prawne traktowani są jako turyści, więc jedyne, co mogą zrobić, to wynająć ziemię pod namiot. Taka sytuacja prowadzi do kryzysu humanitarnego. W nielegalnych obozach dla uchodźców nie ma nic, za wyjątkiem namiotów, ludzi i wszelkiego rodzaju chorób. Owszem, część osób po jakimś czasie dostaje możliwość mniej lub bardziej „normalnego” życia, jednak to prowadzi do kolejnych trudności. Emerytowany maronicki hierarcha z Baalbek-Deir Al Ahmar bp Simon Attallah w rozmowie z Papieskim Stowarzyszeniem Pomoc Kościołowi w Potrzebie powiedział wprost, że obecność chrześcijan innego wyznania zagraża równowadze religijnej kraju. A w arabskich żyłach płynie gorąca krew. Dlatego priorytetem jest przywrócenie dawnej równowagi w tym regionie. To może zagwarantować pokój. 

Oceń ten artykuł


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze