Mały Żyd w czasie II wojny światowej, tulony w ramionach Ireny Sendlerowej, zapytał sepleniąc: „proszę pani, dlaczego Boga tutaj nie ma?”. Dziś, po ponad siedemdziesięciu latach, setki, tysiące, a może nawet miliony ludzi głęboko wierzących w istnienie Boga, mogą stawiać podobne pytanie. Czy Adwent może im pomóc?

Kilka dni temu rozpoczął się Adwent, czyli radosny czas ponownego oczekiwania przyjścia Boga na świat. Warto zapytać samego siebie „czy w ogóle jestem w stanie doczekać się malutkiego Jezusa?”. To dobre pytanie, bo czekamy na noworodka. Oczywiście to Syn Boży, ale jednak dziecko. A kiedy pojawia się dziecko, np. w rodzinie to wszystko „staje na głowie”. Cóż za paradoks, bo kiedy w wigilię Bożego Narodzenia łamiemy się opłatkiem, na głowie stają tylko dzieci, myśląc, co by tu zrobić, żeby jak najszybciej rozpakować prezenty. Dzieci oczywiście nie są niczemu winne, ale to dobry obraz tego, jak to nasze oczekiwanie powinno wyglądać. Zapewne niedługo zaczniemy myć okna, szykować białe obrusy, rozglądać się za choinką i prezentami dla najbliższych, jednak w tym całym zamieszaniu możemy zapomnieć o jednym – o nadziei, jaką daje nam Bóg.

Współczesna nadzieja
Wielu z nas czeka na coś z nadzieją. Niektórzy czekają na święta, niektórzy na wypłatę, a inni pragną, żeby nikt na nich nie pluł tylko dlatego, że wierzą w Jezusa. Dziś wielu chrześcijan z naprawdę wielkim upragnieniem czeka na moment, kiedy nie będą musieli się obawiać o życie tylko dlatego, że noszą krzyż na piersi. To może zawstydzać. Ale nie wolno nam, „chrześcijanom kanapowym”, rozsiadać się wygodnie, kiedy w Nigerii wciąż setki chrześcijańskich rodziców czekają, może nawet z większą nadzieją niż my, na „pierwszą gwiazdkę” – na swoje dzieci porwane kilka lat temu przez Boko Haram.

„Bóg nas nie zawiedzie”
Prawie dwa lata temu we Wrocławiu rozmawiałem z pewnym Irakijczykiem, wierzącym katolikiem. Powiedział mi wtedy, że w Iraku została jego żona i dzieci. Kiedy zapytałem, dlaczego opuścił swoich bliskich, powiedział mi, że to była jedyna możliwość żeby oni mogli przeżyć. Nie wiem, kim był ten człowiek, ale jedno dziś wiem na pewno: pod koniec adwentu Bóg narodzi się na sto procent. Zawsze się rodzi i nigdy nie zawodzi. Tylko ludzie czasem próbują tę prawdę zafałszować albo ukryć. Dlaczego? Nie wiem, może boją się, że „świat stanie na głowie”? Bóg jednak nie zawiedzie. Jezus przyszedł na świat pomimo, delikatnie rzecz ujmując, niekorzystnych okoliczności. Przyszedł i pokazał, że jest w stanie doświadczyć tego samego, czego doświadczają tysiące z powodu jego imienia, a doświadczają naprawdę wiele zła. Na koniec rozmowy ten Irakijczyk, który musiał opuścić swoich bliskich, powiedział mi: „nie martw się, Bóg nas nie zawiedzie. Niedługo moja rodzina będzie ze mną. Stanę na głowie, żeby byli bezpieczni”. Czy nie tym ma polegać adwent?

Bóg tutaj jest –
– miała odpowiedzieć Irena Sendlerowa kolejnemu dziecku uratowanemu podczas II wojny światowej – tylko my czasem o tym zapominamy – dodała. I właśnie chodzi o to, żeby podczas całej tej adwentowo-świątecznej krzątaniny o tym nie zapomnieć. Chodzi o to, żeby dzięki temu, co dumnie nazywamy wiarą, dać nadzieję na narodzenie Boga wszystkim tym, którzy każdego dnia dla Niego ryzykują życiem. Jak to zrobić? Może po prostu trzeba „stanąć na głowie”, ale tak po chrześcijańsku.

Czy potrafisz stanąć na głowie?
4.33 (72.22%) 3 ocen.


źródło: ks. Paweł Kucia

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze