Niektórzy ich skreślają. Nie wierzą, że mogą cokolwiek osiągnąć. Jest jednak trochę osób, które chcą wejść z nimi na nową drogę. Dosłownie.

– Odciski dają się we znaki – mówi pan Dominik, który miesiąc temu opuścił zakład karny. Dołączył do projektu „Nowa droga”, bo jest przekonany, że piesza podróż to dobry początek czegoś nowego. Zostawia za sobą przeszłość. Teraz liczy się to, co przed nim. – Staram się nie patrzeć w przeszłość, bo nie ma tam nic dobrego. Koncentruję się na tym, co mogę osiągnąć – dodaje.

Byli więźniowie to grupa, która nie cieszy się zbyt dużym zaufaniem społecznym. Ich powrót do normalnego życia bywa trudny. Nie mogą znaleźć pracy, a relacje z bliskimi są najczęściej zagmatwane. W 2013 r. powstał pomysł, aby nową drogę życia po opuszczeniu zakładu karnego zacząć od… drogi. Kilkaset kilometrów wędrówki przez dwa tygodnie to przygoda, wyzwanie, ale też sposób na resocjalizację.

– Nie jest to jednak typowa resocjalizacja. To droga ma zmienić człowieka, a w zasadzie spotkania i ludzie, którzy się na niej pojawiają. Ktoś poda kanapkę, kubek herbaty albo zaproponuje nocleg – reakcje na nas są zazwyczaj bardzo pozytywne. Ludzie nie oceniają, wolą posłuchać i pomóc. To pokazuje moim podopiecznym, że nie są skreśleni, że mogą zdobyć zaufanie drugiego człowieka – mówi Jacek Matuszczak, który towarzyszy swoim podopiecznym w wędrówce.

„Nowa Droga, dzień trzeci. Dziś ponad 25 km do Opola Lubelskiego. Deszczowo i ślisko, więc szło się dość ciężko. Młody padł zmęczony. Kostka trochę mu spuchła. Po drodze spotkaliśmy w jednej z wiosek młodzież w wieku około 16–18 lat. Zaczęły się ferie, a oni już od rana przed sklepem, z piwkiem i papierosami. Trochę z nimi gadaliśmy, fajni ludzie. Ale wystają z nudów, nic się nie dzieje, nic tu nie ma. Więc co mają robić. Zero perspektyw. Młody też tak zaczynał: z braku zajęcia. Potem były narkotyki, alkohol i przestępstwa pod wpływem. Teraz żałuje i przestrzegał młodych” – pisze w relacji z wyprawy pan Jacek. Wędrówkę można śledzić na Facebooku.

fot. Jacek Matuszczak

Bycie w takiej podróży otwiera na spotkania z ludźmi. Większość z nich przyjmuje pana Jacka i jego podopiecznego z entuzjazmem. – W Kazimierzu Dolnym zaskoczyła nas prawdziwa gościnność. Niezapowiedziani zjawiliśmy się w porze obiadowej w tutejszej parafii. Nikt się nas nie spodziewał, a wikariusze podzielili się z nami obiadem (…), a jak wrócił proboszcz, dostaliśmy nocleg. Tak z marszu nas przyjął. Była też pyszna kawa z ekspresu i kremówki – opowiada pan Jacek.

Marsz nie zawsze przynosi kolorowe scenariusze. Czasem jest irytacja, przemęczenie, kontuzje, ale paradoksalnie to właśnie trud powoduje, że wędrówka ma sens. Nic co dobre nie przychodzi przecież łatwo. Byli więźniowe chcą sobie i innym coś udowodnić. Pokazać, że stać ich na konsekwentny wysiłek czy trzymanie się wcześniej wyznaczonych zasad, bo „Nowa droga” ma swój regulamin, który zabrania chociażby spożywania alkoholu. Zachowanie rygoru na wolności po kilku miesiącach czy latach spędzonych w więzieniu to spore wyzwanie i test siły woli.

Piesza wędrówka to jednak zaledwie pierwszy etap nowego życia. Później jest czas na szkolenia i wprowadzenie na rynek pracy. Bez niej byłoby trudno o jakąkolwiek stabilność czy samodzielność. – Autorzy projektu pomagają nam, żeby wrócić do normalnego życia i na rynek pracy. Są kursy, szkolenia, staże, nawet pomoc finansowa. Konkretne pomysły na przyszłość rodzą się w drodze – przyznaje pan Dominik.

Droga to nie tylko metafora życia. To rzeczywista wędrówka, rzeczywiste spotkania, twarze innych ludzi, relacje i długie rozmowy. „Droga jest tak ważna, ponieważ każdy na niej krok zbliża nas do spotkania z Innym. Bo po to właśnie jesteśmy w drodze” – pisał Ryszard Kapuściński. I miał rację. Droga służy spotkaniom, a to właśnie one najbardziej nas zmieniają i kształtują. 

fot. arch. Jacek Matuszczak

Przyszłość rodzi się w drodze
6 (100%) 3 ocen.



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.