Był duchowym przewodnikiem Karola Wojtyły, mistykiem i ascetą, który łączył karmelitańską duchowość z salezjańskim zmysłem wychowania młodzieży. 15 marca mija 70 lat od śmierci krawca z krakowskich Dębnik, Jana Tyranowskiego.

Jego ojciec Jan był krawcem. Należał do znanego Cechu Krawców krakowskich i miał pracownię w Śródmieściu. Nie był religijny, choć Kościół i księży szanował. Matka, Apolonia z domu Hrobak, była całkowitym przeciwieństwem męża: drobna, energiczna, zawsze uśmiechnięta i serdeczna, bardzo religijna, u księży salezjanów na krakowskich Dębnikach bywała często.

Urodzony 9 lutego 1901 roku Jan Leopold Tyranowski zawodowo poszedł w ślady ojca, ale serce i duszę zaangażował tam, gdzie swoje miejsce odnalazła matka: w Kościele.

Zanim jednak do tego doszło, Jan szedł utartą ścieżką rozwoju młodego człowieka. Skończył szkołę powszechną, potem handlową, rozpoczął pracę księgowego. Kochał góry. Wędrówki po Beskidach czyniły go szczęśliwym. Dał się poznać jako uzdolniony i wrażliwy artysta-fotograf. Wciąż jednak odczuwał niedosyt, gnało go pragnienie czegoś doskonalszego niż zwyczajna codzienność młodego człowieka w przedwojennym Krakowie.

Olśnienie przyszło znienacka. W 1935 roku w dębnickim kościele księży salezjanów Jan słucha kazania, które – jeszcze o tym nie wie – zmieni jego życie i nada kierunek duchowym poszukiwaniom grupy młodych ludzi, a wśród nich – Karola Wojtyły, przyszłego papieża i świętego.

Duchowy alpinista

Świętość jest dla każdego – usłyszał Jan w kazaniu. Jedno zdanie, które obudziło w jego sercu głębokie pragnienie i mocne postanowienie dążenia do zjednoczenia z Bogiem i świętości życia. Rozczytuje się w św. Janie od Krzyża, a do planu dnia wprowadza żelazną dyscyplinę. Na luźnych kartkach zapisuje każdego dnia uczynione dla Boga ofiary. Wytrwale, nie poddając się nastrojom zniechęcenia i emocjom. Dobowy rozkład godzin, jak w klasztorze, był rygorystycznie ułożony i przestrzegany z imponującą konsekwencją. Z roku 1941 zachowała się kartka z notatką, która świadczy o tym, że od 5 rano do 20.30 wieczorem, gdy szedł spać, jego życie było wypełnione co do minuty pracą i modlitwą.

W codziennej praktyce wypełnianie tego planu było niezwykle uciążliwe i wymagające autodyscypliny. A jednak praca nad sobą, wierność postanowieniom, konsekwencja i cierpliwość przyniosły efekty. Jego spowiednik ks. Aleksander Drozd po latach tak będzie wspominał „duchowego alpinistę”: „On wspinał się na takie ścieżki i szczyty, których moja stopa nie tknęła. (…) Była to dusza, która zwycięsko przeszła ścieżki doskonałości, o których mówi teologia ascetyczna. Łaska promieniowała z jego oczu, z jego uśmiechu i całej jego postaci, która pociągała i nakazywała szacunek”.

W wieku 34 lat Jan składa ślub czystości, by jeszcze bardziej zbliżyć się do Boga. Tylko do Niego chciał należeć. W 1942 roku tak pisał do jednego z księży: „Dusze nasze stają się harfami grającymi i śpiewającymi każda na swój sposób hymn miłości i uwielbienia na widok nieskończonej piękności Bożej. Karmione Chlebem Anielskim jednoczą się coraz ściślej z Jego Boskim Majestatem”. Słowa te odsłaniają wrażliwość serca, które całkowicie oddane jest Bogu.

Idzie Tyranowski, ot krawiec!

Salezjanie go dobrze znali. Szybko zwrócili uwagę na nieśmiałego mężczyznę, który codziennie rano przychodził na Mszę św., przyjmował Komunię i długo modlił się w skupieniu. Tyranowski był członkiem chóru parafialnego, śpiewał pięknym tenorem. Zaangażował się w działalność Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej. Został jednak zapamiętany przede wszystkim jako założyciel róż różańcowych przy parafii św. Stanisława Kostki i kierownik duchowy młodzieży. „Idzie Tyranowski, ot krawiec!” – wołali na jego widok księża żartobliwie, z sympatią.

A krawcem został mimo wykształcenia, które mogło mu zapewnić wyższy status społeczny. Chciał wykonywać pracę, która będzie sprzyjała skupieniu i refleksji. W zagraconym, choć schludnym mieszkaniu pojawiły się trzy maszyny do szycia. Zapamiętają je młodzi, którzy do Tyranowskiego będą przychodzili po duchowe lekcje, ukierunkowanie życia.

Pierwsze wrażenie nie było zachęcające. Starszy od nich, przyprószony siwizną, drobny mężczyzna nie był porywającym mówcą. Ks. Mieczysław Maliński, jeden z jedenastu kapłanów, którzy wyszli spod mistrzowskiej ręki dębnickiego krawca, wspominał nawet, że budził niechęć. Bo staroświecki. Bo jego słowa pachniały „starocią i naftaliną”. Bo nie miał nic do powiedzenia poza paroma katechizmowymi prawdami. Sam Maliński wiele razy chciał odchodzić. Dlaczego tego nie zrobił? Bo w tym starszym pobożnym panu zobaczył głębię ważniejszą niż najpiękniej wypowiadane słowa. „Dziwny jest w swojej nieustępliwości w szukaniu ludzi, w nawiązywaniu kontaktu, w uporczywości, w troszczeniu się o tych, których złapał. Dziwny jest, bo widać po nim, że przełamuje nieśmiałość, chęć bycia w cieniu, w ciszy i spokoju, na modlitwie” – wspominał. Testowali go wielokrotnie, aby na końcu odkryć, że za prostotą przekazu stoi głębia mistyka i ascety.

Pewnie też dlatego Józef Wilk, lekarz, który jako chłopiec należał do Żywego Różańca w grupie Jana Tyranowskiego, zapamiętał innego Jana niż ten irytujący Mietka Malińskiego krawiec. „Bardzo spokojny, zrównoważony, siwiusieńki pan. Miał ładne oczy, jakąś charyzmę w spojrzeniu. To był tak interesujący człowiek, że jak się raz z nim porozmawiało, to nie sposób było nie przyjść po raz drugi, piąty czy dziesiąty raz”.

Wychowawca i duchowy przewodnik

Zaczęło się od rekolekcji wielkopostnych u salezjanów w 1940 roku, od nauk stanowych dla mężczyzn. Od tego czasu odbywały się cotygodniowe sobotnie spotkania dla zainteresowanych treściami religijnymi. Uczestniczyło w nich zwykle 20-30 młodych osób, które słuchały konferencji ascetycznych m.in. ks. Jana Mazerskiego, wykładowcy Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ożywione dyskusje w kaplicy skłaniały do częstej lektury Ewangelii. To właśnie wtedy Jan dał się poznać młodzieży. „Jana nie można było poznawać tylko od zewnątrz, on musiał być równocześnie doświadczany i dogłębnie sprawdzany” – wspominał te pierwsze spotkania ks. Michał Szafarski, autor książki o Tyranowskim. Sobą musiał świadczyć o prawdzie, którą głosił.

Właściwie nie mówił nic nowego. Chodziło mu o to, by młodych otworzyć na prawdy wiary nie od strony systemu nakazów i zakazów, ale osobistego doświadczenia spotkania z Bogiem. „Długotrwała praca wyzwalała się w młodych duszach przez obcowanie z wewnętrznym życiem tego dobrego, prostego człowieka. To ono przyciągało i tłumaczyło całe jego postępowanie, przykuwało do niego mimo początkowych zastrzeżeń i oporów” – opowiadał Szafarski. Jan dowodził, że o Bogu można nie tylko się dowiadywać, ale Bogiem można żyć.

Trwała okupacyjna noc. Salezjańskie duszpasterstwo, ukierunkowane na formację duchową i intelektualną młodzieży, w końcu zwróciło uwagę okupanta. 23 maja 1941 roku gestapowcy aresztowali księży z seminarium na Tynieckiej i parafii św. Stanisława Kostki. Nowym kapłanom, którzy przyjechali na ich miejsce, nie wolno było prowadzić żadnej działalności wśród młodych. Na Dębnikach życie religijne rozkwitało, jakby na przekór represjom i ciągłej inwigilacji. Kościół przepełniony był nie tylko na niedzielnych mszach, rekolekcjach czy nabożeństwach. Powstało 12 róż Żywego Różańca. Po majowych aresztowaniach księża nie mogli jednak sobie pozwolić na masowe oddziaływanie na młodzież i poprosili Jana, by zajął się młodymi ludźmi, którzy byli wtedy jak owce bez pasterza. Zgodził się. Nazywali go Prezydentem. W szczytowym okresie miał pod opieką setkę chłopców, których uczył Ewangelii, zaznajamiał ich z liturgią, pismami świętych, mistycznymi dziełami ukochanego św. Jana od Krzyża. Był wymagający. Oczekiwał od młodych dyscypliny i pracy nad sobą.

Ks. Maliński: „Dziwne to były rozmowy. To nawet nie rozmowy, ale kurs religijny. Kurs życia wewnętrznego, który sobie ułożył i który musiał przejść każdy z jego chłopców. Tutaj nie chodziło tylko o to, w co trzeba wierzyć, ale przede wszystkim, jak trzeba wierzyć. Dużo o miłości, o bezinteresowności, pracy i poświęceniu”. Omawiał środki pomagające w budowaniu swojego charakteru w oparciu o Chrystusa. Jakie to były metody? „Na karteczkach wypisywał nam różne ćwiczenia duchowne i to mi bardzo odpowiadało” – opowiadał ks. Szafarski. „Miał takie kwadraciki i kółka z wymalowanym kwiatkiem, na których napisane było na przykład: męstwo, cierpliwość, miłość bliźniego. Losowaliśmy i po wyciągnięciu takiego «kwiatka» trzeba było go przez miesiąc praktykować, a po miesiącu złożyć sprawozdanie”.

Młodzi, narażając życie, przychodzili na Różaną. Bardzo ryzykował i on sam. Do ciemnego, ciasnego mieszkanka wpadli któregoś dnia gestapowcy, zastając tam 25 młodych osób. Udało się uniknąć aresztowania, bo potraktowali dębnickiego krawca jak nieszkodliwego dziwaka.

Nauczyciel świętego

Ze środowiska Tyranowskiego wyszło 11 późniejszych księży diecezjalnych i zakonnych. Tylu, ilu aresztowało gestapo. Wśród nich – Karol Wojtyła. Po raz pierwszy spotkali się w lutym 1940 roku. Jan przyglądał się młodemu Wojtyle od dawna: słuchał go na spotkaniach katechetycznych, widział jego modlitwę. W końcu sam do niego podszedł i zaproponował rozmowę. Zaprosił go do Żywego Różańca i od tej pory widywali się regularnie: a to na Różanej, a to podczas spacerów wzdłuż Wisły. Dużo dyskutowali. To dzięki Tyranowskiemu Karol poznał św. Jana od Krzyża – pierwsze egzemplarze jego dzieł otrzymał na Różanej.

„Nie wiem, czy jemu zawdzięczam powołanie kapłańskie, ale w każdym razie ono zrodziło się w jego klimacie (…) Reprezentował nowy świat, którego dotąd nie znałem. Ujrzałem piękno duszy otwartej na oścież przez łaskę” – pisał papież o przełomie, który w nim się dokonał za sprawą niepozornego krawca. Prezydent był jego przyjacielem, powiernikiem i duchowym kierownikiem. Ale był także wymagającym nauczycielem. Ustalił młodemu aktorowi plan dnia, spisał listę obowiązkowych lektur, z których go potem egzaminował. „Od niego nauczyłem się między innymi elementarnych metod pracy nad sobą, które wyprzedziły to, co potem znalazłem w seminarium” – powie Jan Paweł II.

Zainteresowanie mistykami zaowocowało dwiema pracami, które otworzyły teologiczną drogę Wojtyły: magisterium „Pojęcie środka zjednoczenia duszy z Bogiem w nauce św. Jana od Krzyża” i doktorat „Doktryna wiary według św. Jana od Krzyża”. Soborowe rozumienie roli świeckich w Kościele, pojęcie osobistej świętości i rozumienie wiary jako więzi z Bogiem zostały zaszczepione w młodym Karolu przez Prezydenta – oceni po latach ks. Michał Szafarski.

W szkole cierpienia

Nie dane było Tyranowskiemu cieszyć się owocami głębokiej przyjaźni z Wojtyłą. Gdy jego wychowanek odprawiał prymicyjną Mszę św. w katedrze na Wawelu 1 listopada 1946 roku, dębnicki krawiec leżał w szpitalu. Bardzo chciał służyć mu przy ołtarzu podczas tej szczególnej Eucharystii. Włączył się w nią inaczej. Jak opowiada ks. Szafarski, tego dnia Tyranowski cierpiał mocniej niż zwykle. Swój krzyż ofiarował w intencji ukochanego ucznia, by wyprosić mu świętość.

Był słabego zdrowia. Niedoleczone skaleczenie na ramieniu spowodowało zakażenie ręki, a potem całego organizmu. Mimo wysiłków lekarzy, wielu operacji, przyjmowanych lekarstw, choroba czyniła zastraszające postępy, skazując Jana Tyranowskiego na niewyobrażalne cierpienia. Nie prosił o ten krzyż, ale gdy już go otrzymał, wypełnił go treścią do końca: nie chciał brać żadnych środków znieczulających. Swoje cierpienie ofiarował w intencji ludzi, którzy specjalnie potrzebują Bożej opieki.

Wiedział, że umiera. Żegnał się z przyjaciółmi, dziękował, przepraszał. W szpitalu usłyszał o śmierci matki, którą dotąd się opiekował. Do cierpień fizycznych doszły te duchowe, oczyszczające i przygotowujące go na spotkanie z Tym, któremu oddał całe swoje skromne i ciche życie. Zmarł, opatrzony sakramentami, tuląc krzyż, 15 marca 1947 roku. Podczas jego pogrzebu ks. Karol Wojtyła powiedział: „Dążył odważnie i ufnie do całkowitego wyrzeczenia się świata. W działaniu nie liczył na własne siły, ale wyłącznie na łaskę Bożą i dlatego miał wielki wpływ na wszystkich ludzi”.

Świętość mieszkała na Różanej 11

W 50. rocznicę jego śmierci kard. Franciszek Macharski powołał komisję historyczną, a 30 września 1997 roku trybunał procesowy. W wyniku prac komisji zebrano dokumentację zawierającą świadectwa osób, które znały osobiście Tyranowskiego, pamiątki osobiste po Słudze Bożym, jego zapiski. Przesłuchano 33 świadków, wśród nich bp. Stanisława Smoleńskiego, który jako ojciec duchowny w seminarium często służył Tyranowskiemu radą w prowadzeniu grup młodzieży. 21 stycznia 2017 roku Stolica Apostolska ogłosiła dekret o heroiczności cnót krawca z Dębnik. Do beatyfikacji Sługi Bożego potrzebny jest jeszcze dekret o cudzie za jego wstawiennictwem.

foto. archiwum parafii św. Stanisława Kostki w Krakowie

Oceń ten artykuł


źródło: KAI

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.