Pierwsze wieki tzw. naszej ery nie były łatwe dla wyznawców Chrystusa. Słowa Nauczyciela: „Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować” (J 15, 20) spełniały się praktycznie od pierwszych chwil po zmartwychwstaniu. Niebezpieczeństwo nadciągało z wielu stron. Uczniowie musieli się ukrywać zarówno „z obawy przed Żydami” (por J 20,19), jak i przed Rzymianami.  

Pierwsze zorganizowane prześladowania chrześcijan przez rzymskie władze rozpoczęły się za panowania Nerona. To czasy krwawych igrzysk w rzymskim Koloseum, które znamy z „Quo Vadis”. Jak to dokładnie wygadało, możemy się tylko domyślać. Tacyt pisał, że chrześcijan rzucano na pożarcie psom, krzyżowano i podpalano, niektórzy twierdzą, że swój udział w prześladowaniach mieli też Żydzi, którzy podburzali cesarza. Tak czy inaczej, miło nie było. 

W takiej atmosferze minął pierwszy, drugi i trzeci wiek. Prześladowania nasilały się, słabły i znów nasilały, były mniej i bardziej intensywne, mniej lub bardziej okrutne. I choć w tamtych czasach chrześcijanami zostawali „sprawdzeni ludzie”, wielu wierzących łamało się ze strachu przed torturami lub w ich konsekwencji. Nie wszyscy chcieli być męczennikami, choć podobno znaleźli się też tacy, którzy – jak to określają historycy – „do męczeństwa się pchali”.  

Nie zawsze też za wszelką cenę władze dążyły do krwawych scen. Niektórych chrześcijan – pisał Euzebiusz z Cezarei (246–340) – siłą ciągnięto do złożenia ofiar i potem zaraz ich wypuszczano, choć w istocie ofiary nie złożyli. O innych znowu rozgłaszano, że zastosowali się do żądania, a jeśli temu nie zaprzeczyli, zwalniano ich. Byli też i tacy, którzy nawet torturowani nie chcieli pokłonić się innym bogom, tych, omdlałych z bólu, wleczono tam, gdzie znajdowali się ci, którzy ofiarę złożyli.  

Mimo to, nie ulega wątpliwości, że pierwsze wieki to czas męczenników, których Kościół wspomina do dziś. 


W takich oto czasach przyszło żyć Sebastianowi. Urodził się w Narbonie, stolicy jednej z prowincji Imperium Rzymskiego, młodzieńcze lata spędził natomiast w Mediolanie. Do Rzymu przybył około 283 r. już jako chrześcijanin. Można powiedzieć, że start w dorosłe życie miał ułatwiony. Niektórzy twierdzą, że jego ojciec, który pochodził ze znanej rodziny urzędniczej, miał wiele wpływów w Cesarstwie, a to z kolei miało pomóc młodemu Sebastianowi dostać się na dwór. Szybko został oficerem gwardii pretoriańskiej, a według św. Ambrożego został dowódcą przybocznej straży samego Dioklecjana. 

Cesarz ów był jednym z tych władców, którzy nie darzyli chrześcijan ciepłymi uczuciami, choć przez pierwsze lata panowania w ogóle się nimi nie zajmował. Za cel swoich rządów postawił sobie umocnienie państwa, a drogą ku temu miało być wzmocnienie religii pogańskiej. Chrześcijan, odrzucających zdecydowanie wszelkie obce kulty, uznał za grupę osłabiającą państwo, wydał więc kilka dekretów wymierzonych w Kościół. Wkrótce zaczęły się aresztowania i egzekucje, choć niektórzy podkreślają, że za prześladowaniami nie stał sam cesarz, ale niejaki Galeriusz, cezar, „krwiożerczy przeciwnik nowej religii”. Było to około 302 r. Z każdym kolejnym prześladowania zaczęły się nasilać, choć w różnych częściach Cesarstwa z różną intensywnością. Nikt nie mógł się podziewać, że za nieco ponad 10 lat sytuacja diametralnie się zmieni. 

Sebastian był bystry i utalentowany, szybko awansował, ale – jak nakazywał mu rozum – nie przyznawał się do swojej wiary. Do czasu. Póki co jednak uznawał, że bardziej korzystne będzie pozostanie w ukryciu. Widział cierpienie swoich przyjaciół, trudno było mu się pogodzić z rozkazami władcy, chciał, na ile mógł, pomagać uwięzionym, a jego wysoka pozycja miała mu to ułatwiać – tak sobie to przynajmniej tłumaczył.  

Ale w pewnym momencie nie wytrzymał. Nie mógł dłużej milcząco przyglądać się katowaniu tych, którzy uwierzyli Chrystusowi. Sam wierzył, że Pan zmartwychwstał, i że nie ma innego poza Nim, wiedział, że być może za tę wiarę będzie trzeba oddać życie. Podjął jedyną, w swoim mniemaniu, słuszną decyzję. 

Szybko stał się jednym z bardziej rozpoznawalnych chrześcijan. Pocieszał zrozpaczonych, umacniał uwięzionych, jego świadectwo wiary było siłą dla prześladowanych braci i sióstr. Teraz żył pełnią, ale wiedział, że reakcja rzymskiej władzy to tylko kwestia czasu.   

Za krytykowanie okrucieństwa wobec chrześcijan Sebastian miał zostać skazany na śmierć. „Dioklecjan kazał żołnierzom przywiązać go na środku pola i zabić strzałami z łuków –  czytamy w średniowiecznej »Złotej legendzie«. – Tyle strzał tedy utkwiło w nim, że podobny był do jeża, a żołnierze przypuszczając, że już nie żyje, odeszli”. Ale jednak żył. Uratowała go ponoć pewna kobieta, Irena, która troskliwie się nim opiekowała, dopóki całkowicie nie odzyskał zdrowia.  

Rzym znał doskonale. Niejednokrotnie przechodził przez Forum Romanum, brał udział w publicznych uroczystościach, podziwiał piękne budowle, luki tryumfalne, świątynie. Nie raz zerkał na Cloaka Maxima – główny kanał ściekowy miasta. Istniał tu „od zawsze”, a dokładnie od VII w. przed Chr., kiedy to Tarkwiniusz Stary zadecydował o jego budowie. Tak, zdecydowanie Rzym był potęgą. Jeszcze. Bo Sebastian nie mógł wiedzieć, że za nieco ponad sto lat Cesarstwo rozpadnie się na Wschodnie i Zachodnie (395 r.) a rok 476 r. kolejne pokolenia będą wspominać jako upadek Cesarstwa Zachodniego, dla wielu równoznaczny z końcem Imperium Romanum.  

Ale na razie cesarzowi Dioklecjanowi udało się przywrócić równowagę polityczną. Był sprawnym przywódcą, ale widząc takie okrutne traktowanie chrześcijan, Sebastian nie mógł już dłużej milczeć. Kiedy więc udało mu się wyzdrowieć, nie potrafił siedzieć bezczynnie. Udał się znów do Dioklecjana. Znali się przecież dobrze, może Sebastian miał nadzieje, że uda mu się nakłonić władcę choćby to rozważenia zmiany podejścia do chrześcijan? 

Ale niewzruszony zupełnie cesarz kazał go zatłuc pałkami, a jego ciało wrzucić do owego starego kanału ściekowego, który przepływał przez rzymski rynek. Był to prawdopodobnie rok 287 lub 288. 

Tej nocy pewna chrześcijanka, Lucyna, zobaczyła we śnie Sebastiana, który miał ją zaprowadzić w miejsce, gdzie znajdowało się jego ciało. Zaraz po przebudzeniu kobieta opowiedziała bliskim o swoim śnie. Odnalezione w ten cudowny sposób szczątki męczennika spoczęły w katakumbach, do dziś zwanymi katakumbami św. Sebastiana.  

 *  *  * 

Minęły 1542 lata od upadku Cesarstwa Zachodniego, 565 lat od upadku Konstantynopola, 1705 lat od edyktu mediolańskiego, prawie dwa wieki od zniesienia niewolnictwa, 227 od pierwszej poprawki do konstytucji Stanów Zjednoczonych, 140 lat od wynalezienia żarówki, 61 lat od wystrzelenia Łajki w kosmos, 70 lat od podpisania Deklaracji Praw Człowieka, a chrześcijanie w różnych częściach świata wciąż cierpią  z powodu wyznawanej wiary. Niektórzy za to, w Kogo wierzą, muszą zapłacić najwyższą cenę. 

 

 

Św. Sebastian – nic nie złamało jego wiary
6 (100%) 4 ocen.


źródło: Beata Legutko 

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.