Przyzwyczailiśmy się do zwrotu „Aniele ziemski bez winy” w pieśni ku czci św. Stanisława Kostki (1550–1568), patrona Polski i polskiej młodzieży. Obrazki ze sklepów z dewocjonaliami ukazują go często jako słabeusza o anielskiej twarzyczce i nabożnie wzniesionych lub przymkniętych oczach. Jako taki traci na duchowej atrakcyjności w oczach dzisiejszych nastolatków. W rzeczywistości był to silny, dzielny, uparty, ale i wrażliwy nastolatek, który przemierzył pieszo około 1500 kilometrów z Austrii do Niemiec i z Niemiec do Włoch. 

 

Ten święty chłopak pochodził z Rostkowa, a ochrzczony został w kościele Św. Wojciecha w Przasnyszu. Rodzicami Stanisława byli Jan Kostka, kasztelan zakroczymski, i Małgorzata z Kryskich. Miał trzech braci: Pawła, Wojciecha i Mikołaja (dwaj ostatni zmarli w dzieciństwie) oraz siostrę Annę. Jego starszy brat Paweł następująco opisuje dom, w którym się wychowywali:  

 

Rodzice postępowali z nami surowo i przyzwyczajali do modlitwy i uczciwości. Wszyscy nas upominali i brali udział w naszym wychowaniu, wszystkich czciliśmy, przez wszystkich byliśmy kochani. Dalej jeszcze wspomina: Rodzice chcieli, abyśmy byli wychowani w wierze katolickiej, zaznajomieni z katolickimi dogmatami, a nie oddawali się żadnym rozkoszom. Co więcej, postępowali z nami twardo i ostro, napędzali nas zawsze – sami i przez domowników – do wszelkiej pobożności, skromności i uczciwości, tak żeby nikt z otoczenia, z licznej również służby, nie mógł się na nas skarżyć o rzecz najmniejszą 

 

Wizerunek Stanisława został jednak nieco przesłodzony. Budzi na przykład wątpliwość mdlenie świętego przy niestosownych żartach i rozmowach, chociażby w szkole, w której zdarzało się też, że on sam buntował się przeciwko nauczycielowi, o czym zresztą świadczą wiedeńskie archiwa.  

 

Do dwunastego roku życia Stanisław uczył się w rodzinnym domu i u miejscowego kapelana, a potem pod okiem prywatnego nauczyciela Jana Bilińskiego. W lipcu 1564 r. w wieku czternastu lat, wraz z bratem Pawłem i Janem Bilińskim wyjechał na naukę do jezuickiego kolegium w Wiedniu, gdzie zamieszkał najpierw w prowadzonym przez jezuitów konwikcie, a po zabraniu im bursy – w domu luteranina Kimberkera. Z początku miał trudności z nauką, ale już na trzecim roku znalazł się w gronie najlepszych uczniów, a nawet przewyższał ich wiedzą. Sukces ten zawdzięczał swoim nieprzeciętnym zdolnościom, pracowitości, pilności i sumienności, a mówią nam o tym, podobnie jak i o religijności, jego zachowane notatki. Samodzielnie, w oparciu o własną refleksję lub z polecenia nauczyciela, zapisał między innymi: Kościołowi właściwe jest to, że zwycięża, gdy jest ranny; wtedy się rozumie, gdy się go poznaje; wtedy wychodzi naprzeciw, gdy się go pragnie. W życiu duchowo-moralnym odznaczał się pobożnością, skromnością i umiarkowaniem, w tym szczególną czcią do Najświętszego Sakramentu, Matki Bożej i św. Barbary. Do bliźnich zawsze odnosił się z szacunkiem i miłością.  

 

Zamierzając wstąpić do Towarzystwa Jezusowego, starał się wieść życie na wzór zakonny, co prowokowało Pawła do dokuczania bratu. Mimo że Paweł był głęboko religijny i praktykujący, to jawnie, razem z kolegami, kpił ze Stanisława, nazywając go złośliwie gorliwym jezuitą i mnichem, bił, czując się za niego odpowiedzialnym wobec rodziny z racji swego starszeństwa, a nawet kopał, gdy Stanisław modlił się w nocy, leżąc na ziemi. Kiedy Paweł zwrócił bratu uwagę, że zakonne postępowanie nie jest zgodne ze stylem odpowiednim kasztelanowi, ten odpowiedział: do wyższych rzeczy zostałem stworzony i dla nich winienem żyć. Inną maksymę przyjmie Stanisław w nowicjacie: Początkiem, środkiem i końcem rządź łaskawie, Chryste 

 

Ciężko zachorowawszy w grudniu 1566 r., odzyskał zdrowie dzięki Maryi. Chorując, ujrzał Matkę Bożą podającą mu Dzieciątko na wyciągnięte ręce. Otrzymał także polecenie rychłego wstąpienia do zakonu jezuickiego. Kiedy nie chciano wpuścić do niego – spodziewającego się śmierci – kapłana z Wiatykiem, poproszona przez Stanisława św. Barbara przyniosła mu Komunię Świętą w anielskiej asyście.  Stanisław doskonale wiedział, że jego ojciec nigdy nie wyrazi zgody na to, żeby został zakonnikiem. Niestety taka zgoda była wymagana w Towarzystwie Jezusowym. Nie pozostało mu zatem nic innego, jak tylko – po odmowie przyjęcia w Wiedniu (gdzie zresztą nie było nowicjatu) – udać się osobiście do niemieckiego prowincjała Piotra Kanizjusza. W niedzielny poranek 10 sierpnia 1567 r., zaraz po Mszy św., pozostawiwszy wyjaśniający list Pawłowi i Janowi Bilińskiemu, uciekł z Wiednia. Wkrótce potem wyruszył za nim pościg (Paweł z Janem Bilińskim i sługami), lecz na szczęście Stanisław uniknął pogoni, ukrywszy się w lesie, a innym razem przebrawszy się w żebracze szaty. Ucieczka umożliwiła mu realizację największego marzenia, jakim było wstąpienie do Towarzystwa Jezusowego wbrew woli ojca, który zaplanował dla Stanisława świecką karierę, czyli innymi słowy – zamierzał uszczęśliwić syna na siłę.

Uciekając, Stanisław napisał list do przyjaciela w Wiedniu.  Oto fragment tego listu:

Przebyłem w zdrowiu już połowę drogi (…). Niedaleko od Wiednia dogonili mnie dwaj moi słudzy, których poznawszy, schowałem się do pobliskiego lasu i w ten sposób uszedłem ich rąk. Przebyłem już wiele wzgórz i lasów. Kiedy koło południa pokrzepiłem swoje ciało znużone u przeźroczystego źródła, usłyszałem naraz głos kopyt końskich. Podnoszę się i przyglądam jeźdźcowi. To mój brat, Paweł. Popuściwszy cugle, podąża do mnie. Koń w pianie, twarz brata rozpalona bardziej niż słońce. Możesz sobie wyobrazić, mój Erneście, w jakim musiałem być wtedy strachu, nie mając możności ucieczki. Stanąłem dla nabrania sił i pierwszy, zbliżając się do jeźdźca, proszę jako pielgrzym o jałmużnę. Zaczął dopytywać się o swojego brata. Opisał jego ubranie, wzrost i wygląd. Zwrócił uwagę, że był podobny do mnie. Odpowiedziałem, że nad ranem tędy przechodził. Na to on, nie tracąc chwili, spiął ostrogami konia i rzuciwszy mi pieniądz, popędził w dalszą drogę. Podziękowałem Najświętszej Pannie, Matce mej, i by uniknąć następnej pogoni, skryłem się do pobliskiej groty, gdzie przeczekawszy trochę, puściłem się w dalszą podróż. 

 

Mimo takich trudów ten dzielny siedemnastolatek nie tracił ducha. W liście polecającym wręczonym Stanisławowi w Dylindze a przeznaczonym dla generała zakonu Franciszka Borgiasza Piotr Kanizjusz, przekonawszy się o wielkiej wartości Stanisława, napisał: „Spodziewam się po nim rzeczy przedziwnych”. 25 października 1567 r. Stanisław stanął przed furtą jezuickiego klasztoru w Rzymie, po czym po trzech dniach przyjęty został do nowicjatu. Franciszek Borgiasz otrzymał list także od wiedeńskich jezuitów, którzy następująco opisywali postawę Stanisława:  

Pewien młody Polak, szlachetny rodem, lecz bardziej jeszcze szlachetny cnotą, który dwa całe lata nalegał [o przyjęcie do zakonu]… zawsze jednak spotykał się ze stanowczą odmową, bowiem nie wyszłoby to na dobre, by mógł zostać przyjęty bez zgody rodziców, nie tylko z tego względu, że był naszym konwiktorem i bez przerwy uczniem naszego gimnazjum, lecz również z innych przyczyn. Nie mając nadziei, by tutaj wstąpić do zakonu, wyruszył przed niewielu dniami w nieznanym kierunku z zamiarem próby, czy w innym miejscu przypadkiem nie mógłby wypełnić swego ślubu. Był on wielkim przykładem stałości i pobożności; wszystkim drogi, nikomu nie przykry; chłopiec wiekiem, ale roztropnością mężczyzna; mały ciałem, ale duchem wielki i wyniosły. (…) Również legatowi papieskiemu poddawał sugestie, by naszych do tego [przyjęcia do zakonu] nakłonił. Lecz wszystko na próżno. Dlatego postanowił wbrew woli rodziców, braci, znajomych i powinowatych udać się gdzie indziej i na innej drodze szukać dostępu do Towarzystwa Jezusowego. A gdyby się to również gdzie indziej nie powiodło, zdecydował całe życie pielgrzymować oraz prowadzić odtąd w miłości do Chrystusa życie najbardziej wzgardzone i ubogie (…). Mamy nadzieję, że działo się to nie bez rady Bożej, iż w ten sposób odszedł. Taki był bowiem zawsze stały, że wydaje się, iż do tego nakłoniła go nie dziecinna zachcianka, lecz jakieś niebiańskie natchnienie. 

 

Jako nowicjusz, Stanisław był wzorem zakonnika. Nie ukończył jednak nowicjatu mieszczącego się przy kościele Św. Andrzeja na Kwirynale (tam też spoczął). Na miesiąc przed odejściem do Domu Pana wyznał przed przyjaciółmi, że nie opuszcza go przeczucie bliskiej śmierci, a w czasie przerwy podczas konferencji Piotra Kanizjusza, 1 sierpnia 1568 r., kiedy to ów prowincjał pouczał, że każdy miesiąc należy tak spędzić, jakby był ostatnim, Stanisław powiedział: Dla wszystkich ta nauka męża świętego jest przestrogą i zachętą, ale dla mnie jest ona wyraźnym głosem Boga. Umrę bowiem jeszcze w tym miesiącu. W rocznicę swojej ucieczki z Wiednia, 10 sierpnia 1568 r., zachorował na malarię. Poprosił wtedy Maryję, by mógł Jej wniebowzięcie świętować już w niebie. Zmarł z krzyżem i przedstawiającym Matkę Bożą obrazkiem w ręku 15 sierpnia 1568 r. Miał osiemnaście lat. Ze względów duszpasterskich narodziny Stanisława dla nieba Kościół wspomina uroczyście nie w dniu jego śmierci, ale 18 września.

Św. Stanisław Kostka niekoniecznie na słodko
6 (100%) 9 ocen.



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.