Warunkiem przetrwania prześladowanych grup etnicznych z Azji jest zaistnienie w świadomości Zachodu. Rohingjowie w Birmie walczą o uznanie nazwy ich społeczności, Tybetańczycy podtrzymują zainteresowanie świata, a uchodźców z Bhutanu bezpowrotnie przesiedlono.

Abu Tahay jest świetnie przygotowany. Na tablecie pokazuje serię dokumentów dotyczących Rohingjów, muzułmańskiej mniejszości zamieszkującej stan Rakhine (Arakan) w południowo-zachodniej Birmie. „Tutaj raport Anglika, gdzie użył terminu Rohingya. A tutaj wykaz słów z naszego języka i porównanie z językami z tego regionu” – przesuwa palcami po ekranie, powiększa najważniejsze fragmenty, żeby lepiej było widać.

Biuro Tahaya znajduje się w centralnej części Rangunu, przy jednej z szerokich alej miasta. Wejście jest jednak wąskie i strome schody prowadzą do zapuszczonego pomieszczenia z gabinetem i małą salą spotkań. W cywilu Abu Tahay jest architektem, ale najwięcej energii wkłada w niezliczone spotkania z dziennikarzami, dyplomatami i działaczami praw człowieka.

„A oni wciąż twierdzą, że my sobie Rohingjów sami wymyśliliśmy” – mówi o Rakhinach, buddyjskiej większość ze stanu Rakhine, gdzie dochodzi do czystek etnicznych, o armii i rządzie Aung San Suu Kyi. Bohaterka Birmy, symbol zmian demokratycznych w tym kraju, została właśnie wezwana przez laureatów Pokojowej Nagrody Nobla do podjęcia działań w obliczu trwającego ludobójstwa.

„Oni mają lepszy lobbing niż my, Rakhinowie” – Saw Khin Tint, członkini komisji Kofiego Anana, która ma znaleźć wyjście z patowej sytuacji, mówi PAP, że Rohingjów jako mniejszość wymyśli imigranci z Bangladeszu, którzy się za nich uważają. Co gorsza na to wszystko dają nabierać się zachodnie media i międzynarodowe organizacje pozarządowe. „Te organizacje dyskryminują Rakhinów ma rzecz migrantów z Bangladeszu” – nie szczędzi słów krytyki.

Tymczasem rząd Bangladeszu szacuje, że od początku października, gdy w odpowiedzi na atak na posterunki policji zaczęła się operacja armii przeciw Rohingjom, do tego kraju zbiegło 50 tys. ludzi. Organizacja Human Rights Watch opublikowała zdjęcia satelitarne spalonych wiosek, a Amnesty International i wysokiej rangą przedstawiciel ONZ głośno mówią o zbrodniach przeciw ludzkości.

W odpowiedzi Aung San Suu Kyi nazwała te doniesienia podjudzaniem dwóch społeczności przeciwko sobie.

„Naprawdę tak powiedziała?” – dziwi się czterdziestoletni Sonam. Prosi, żeby nie podawać jego nazwiska, bo jest Tybetańczykiem i przez Nepal jedzie do Bodh Gaji w Indiach na spotkanie z XIV Dalajlamą. Chińskie władze konfiskują paszporty i blokują wjazd do Nepalu osobom, które podejrzewa się o zamiar udziału w modlitwach i ceremonii kalaćakry zaplanowanych na pierwszą połowę stycznia.

„Dokładnie takich samych argumentów i języka używają chińskie władze, gdy na Zachodzie podnosi się kwestię Tybetu” – Sonam jest również działaczem tybetańskim. „Dla nich obecny dalajlama jest zdrajcą, który kłamie o sytuacji w Tybecie” – dodaje, że to nieustająca wojna na słowa.

„Składanie świadectwa o łamaniu praw człowieka jest bardzo ważne, trzeba o tym mówić, świat nie może o tym zapomnieć” – ocenia Shelnang Mugum, mnich buddyjski z klasztoru Shechen w Katmandu.

„Ale o tym wszystkim można i trzeba mówić również przez sztukę, tylko tak wartości naszej kultury mogą przebić się na Zachód” – Mugum jest również filmowcem. Jego pierwszy film krótkometrażowy opowiada o małym mnichu buddyjskim i jego mistrzu medytujących w grocie skalnej w nepalskim Mustangu, na granicy z Tybetem.

Zdaniem Sonama trudno podtrzymać zainteresowanie Zachodu sprawami uchodźców politycznych. „Nie wystarczy sama krzywda i relacje mediów. Konkurencja jest przecież ogromna. Potrzebna jest tak charyzmatyczna postać jak Jego Świątobliwość Dalajlama i wzbudzenie zainteresowania naszą kulturą” – podkreśla.

„Wszyscy coś słyszeli o Tybecie i dalajlamie, ale nikt nigdy o uchodźcach z Bhutanu” – śmieje się Olivier Bertin, francuski muzyk i zarazem działacz praw człowieka.

„Przecież Bhutan, to kraj wiecznej szczęśliwości i nic złego tam dziać się nie może!” – Bertin jeździł do stolicy kraju Thimpu z ramienia Czerwonego Krzyża i odwiedzał tam więźniów politycznych. W więzieniu uczył ich gry na perkusji.

„Skala kłamstwa czy przemilczania kwestii mniejszości nepalskiej w Bhutanie jest ogromna. Tam w latach 90. działy się czystki etniczne, wciąż ludzie są dyskryminowani. Władze odmawiają im dokumentów” – tłumaczy.

Na początku lat 90. ponad 110 tys. osób pochodzenia nepalskiego, które od pokoleń zamieszkiwały przede wszystkim południe Bhutanu, zostało pozbawionych nieruchomości i praw obywatelskich. Wywieziono ich ciężarówkami na granicę z Indiami, a następnie osiedlono w obozach uchodźców we wschodnim Nepalu.

„Ci ludzie, mimo że mówią po nepalsku, nie mieli żadnych praw w Nepalu. Nie mieli też przebicia w mediach, bo nie jest ich aż tak wielu” – tłumaczy Bertin.

W 2007 roku zaczął się program przesiedleńczy. Około 100 tys. uchodźców znalazło nowy dom w Kanadzie, USA i Europie. Program pod egidą ONZ ogłoszono wielkim sukcesem.

„Okazuje się jednak, że spośród wszystkich przesiedlonych uchodźców nepalscy Bhutańczycy popełniają najwięcej samobójstw” – opowiada Danielle Preis, dziennikarka amerykańskiego radia NPR, która prowadziła w tej sprawie śledztwo. Jej zdaniem uchodźcy nie zawsze potrafią dostosować się do życia na Zachodzie i wielu wolałoby wrócić do Bhutanu.

Z końcem 2016 roku upłynął ostateczny termin składania podań o przesiedlenie na Zachód z obozów w Nepalu. „Wielu ludzi nie złożyło takich dokumentów. Są teraz zawieszeni w próżni” – kończy Danielle Preis.

Z Katmandu Paweł Skawiński

Oceń ten artykuł


źródło: PAP

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze