Znaliśmy ich, ale może modliliśmy się za nich za mało? Może za mało zrobiliśmy, by im pomóc? W życiu, przeżyciu na ulicy mały gest może uratować życie, szczególnie w czasie tak silnych mrozów – tak Wspólnota Sant’Egidio rozpoczęła sobotnią modlitwę za swoich przyjaciół – bo tak nazywają bezdomnych, którymi się opiekują. Przynoszą im jedzenie, ciepłe ubranie i przede wszystkim siebie – swoją obecność.

W warszawskiej parafii p.w. Świętej Teresy od Dzieciątka Jezusa modlono się wczoraj za wszystkich, którzy żyli na ulicy i na tej ulicy zmarli. W czasie modlitwy wiernych wierni podchodzili do ołtarza i zapalali świece w ich intencji. To aż (!) kilkudziesięciu ludzi.

 

„Żyli i zmarli na ulicach naszego miasta. Często samotnie, czasami pozbawieni podstawowej pomocy, nieraz anonimowo. Eucharystia będzie wyrazem szczególnej pamięci o tych, którzy na co dzień żyli w zapomnieniu” – można było przeczytać w zaproszeniu na modlitwę. Według szacunków Rządowego Centrum Bezpieczeństwa od 1 listopada  w wyniku wychłodzenia organizmu zmarło już 39 osób. „Ta liturgia to nie tylko wyraz naszej pamięci o nich, tak ważnej dla samych bezdomnych i dla nas, ale także naszej niezgody na to, by ktokolwiek umierał w naszym mieście dlatego, że jest bezdomny i pozostawiony sam sobie, zwłaszcza w mroźne, zimowe dni” – zaznaczyli organizatorzy.

Modlitwa powszechna za zmarłych bezdomnych. Każdy z nich został wymieniony z imienia. Dzięki zapisowi audio możecie i Wy – Drodzy Czytelnicy – dołączyć do modlitwy:

 

część I:

część II: 

Góry ludzkiego cierpienia i ludzkich możliwości
Czytania, które przygotowano na Liturgię, opowiadały o górach, które były istotne w historii ludzkości. I o Bogu, którego doświadczamy w różnych sytuacjach i często w niespodziewany dla nas sposób. Homilię – słowo pełne nadziei – wygłosił o. Konrad Keler. Werbista przypomniał historię Abrahama, który pierwszy doświadczył innego obrazu Boga niż ludy, wśród których się poruszał. Nie znał swojego Boga, ale zaufał Mu całkowicie i był Mu posłuszny. I w pewnym momencie jego ziemskiej pielgrzymki Bóg chce, by szedł na pagórek i chce ofiary – jego syna. Można zapytać: co to za Bóg, który wymaga takiej ofiary? Abraham idzie jednak pełen ufności, bo wie, że to Bóg, który zawsze będzie po jego stronie. Abraham doświadcza więc, że ta góra, która miała być górą ofiary, staje się górą miłości. Doświadcza innego oblicza Boga i jednocześnie słyszy od Niego: „Bądź świadkiem wśród narodów i ludów”. Ma głosić Boga miłości a nie Boga ofiary.

To również zaproszenie dla nas, dziś. Ofiary z ludzi, którzy może cierpią też ze względu na nasze grzechy i niezrozumienie. To zadanie, byśmy potrafili górę ludzkiego cierpienia, górę ludzkiej ofiary zamienić w górę miłości. To misja każdego chrześcijanina, którą powinien wypełniać na swój sposób i według swoich możliwości.

Druga góra, która pojawiła się w czytaniach, to Góra Tabor. Jezus zaprasza tam trzech najwierniejszych uczniów. Prowadzi ich na szczyt góry. Bóg przemawia tam przez Jezusa w sposób wyjątkowy do tych trzech apostołów. Daje im oświadczyć boskiego oblicza w ludzkiej formie. Bóg mówi: „To jest syn mój umiłowany – jego słuchajcie”. Bóg od momentu wcielenia Słowa Bożego przemawia do nas ludzkim głosem, dokonuje ludzkich czynów, a na górze Tabor daje szansę doświadczenia boskości, ale właśnie poprzez człowieczeństwo Jezusa Chrystusa. Bóg nie wybiera jakiejś postaci spektakularnej czy magicznej (jakby niektórzy pewnie chcieli i dla których byłoby to pewnie bardziej przekonujące). Bóg wybiera człowieka z całą jego zwyczajną zwyczajnością i ułomnością. W ten sposób Bóg daje nam do zrozumienia, że to najlepszy sposób objawienia boskości na tym świecie. Przez każdą Liturgię Słowa (a szczególnie przez tę) jesteśmy zaproszeni do przemiany nas samych i naszych bliźnich. Właśnie w człowieku, często ułomnym, chorym, bezdomnym czy uzależnionym powinniśmy widzieć Jezusa.

Nie poprzestawaj na przemianie siebie
Piotr na górze Tabor mówi do Jezusa: „Dobrze, że tu jesteśmy. Zbudujemy trzy namioty”. Jakby chciał powiedzieć: „Zostaniemy tutaj”. Jezus jednak mówi: „Nie, schodzimy”. Idą w kierunku Jerozolimy. Doświadczenie przemiany powinno również ich przemieniać, ale nie wolno się na tym zatrzymywać. Muszą być (i my także) apostołami, zwiastunami przemiany drugiego człowieka i tego świata.

 

Wydarzenia z góry Tabor mają inspirować nas, abyśmy potrafili i przemieniać świat na sposób ewangeliczny. – Dobrze, że są ruchy i wspólnoty, które chcą przemieniać ten świat na wzór Chrystusa, w środowiskach najbardziej dotkniętych ludzką nędzą. Tam trzeba dać choć na moment doświadczenie boskości Jezusa – nie w rzeczach nadzwyczajnych, ale w uśmiechniętej twarzy, dobrym geście. Wystarczy przybliżyć się do tych ludzi i uznać, że są naszymi braćmi i siostrami. Wielu ich omija, by ich nie spotkać. Nie zawsze możemy im pomóc, tak by zaradzić ich nędzy, choć możemy im zawsze ofiarować życzliwe słowo czy spojrzenie To przemiana świata, ale i nas. To nas doskonali. To doprowadza nas do świętości. Oby było jak najwięcej takich ludzi, którzy wychodzą naprzeciw z pomocą i przemianą. Obecność takich wspólnot to dla często uśpionego społeczeństwa twórczy ferment.

„Miłujcie się tak, jak Ja was umiłowałem”:

„Dzisiaj wspominamy tych, których los dotknął najtragiczniej, tych, którzy zmarli. Ufamy, że są oni przemienieni i mogą być w życiu po drugiej stronie, w życiu wiecznym. I że mogą tam doświadczyć tej boskości, że Bóg daje im radość i światłość wieczność i poznają świat, gdzie nie ma ani łez ani płaczu” – zakończył nabożeństwo o. Konrad Keler.

Umarli na ulicy. Czy są już w Domu Ojca?
6 (100%) 1 ocen.


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.