Nie wszyscy decydujemy się na wejście do jakiejś kościelnej wspólnoty. Jest ich dużo i coraz więcej, dla każdego coś by się znalazło. I oczywiście do znalezienia swojej gorąco zachęcam, bo jest to wielka nauka dla każdego z tworzących ją braci i sióstr. 

Tak naprawdę wszyscy jesteśmy w jakiejś wspólnocie, nawet o tym nie decydując. Będąc Polakami, jesteśmy we wspólnocie narodowościowej, a mówiąc po polsku, znajdujemy się w grupie osób mówiących językami słowiańskimi. Nasze klasy w szkole są wspólnotami, które żyją swoim życiem i mają własne sprawy. I w końcu każda rodzina, jako podstawowa komórka społeczna, też jest wspólnotą. Jeśli świadomie nie odrzucimy Kościoła, jest on kolejną wspólnotą, której częścią jesteśmy. Dla katolików powinna być ona szczególnie istotna. 

Wewnątrz tego obszernego Kościoła są pośród nas tacy, którym wspólnota parafialna nie wystarcza. Argumentację tych, którzy decydują się na wstąpienie do węższego grona, warto prezentować nie tyle jako negatywny stosunek do parafii ile jako konkretne potrzeby danej osoby. I tak na przykład mówi się, że uczestnicząc w jakimś mniejszym dziele wewnątrz Kościoła, lepiej poznajemy naszych współbraci, nawiązujemy z nimi bardziej osobiste relacje, nie wstydzimy się prosić ich o pomoc czy opowiedzieć o ciemnościach naszego serca. 

Ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że to faktycznie ma realne znaczenie w codziennym życiu. Nagle jest pewna grupa ludzi, w której możesz być w pełni sobą. Jest jednak pewien warunek: wchodząc do niej musisz od początku być autentyczny, również w swojej grzeszności. Są wspólnoty, których jest to po prostu charyzmatem. Jeśli tak nie jest, zapraszam cię, byś i tak się odkrywał, demaskował własne demony. Naprawdę taka szczerość pobudza innych. I nie sądź, że się ośmieszysz, że będą o tobie szemrać. Pomyśl raczej, z jakim to będzie dla ciebie pożytkiem duchowym! Zrzucisz naprawdę ogromny ciężar z serca. 

Jest coś jeszcze, czego uczy bycie we wspólnocie, która jest miniaturą społeczeństwa. Mowa tym razem o drugim człowieku. Zarówno ty, jak i inni zostaliście w jakiś sposób, znany jedynie Bogu, włączeni do tej samej grupy. I bardzo rzadkie albo praktycznie niemożliwe jest to, byście wszyscy się ze sobą zgadzali, by relacje ze wszystkimi były tak samo zażyłe i przyjacielskie. Będą konflikty charakterów, będą spory i wzajemne oskarżenia, o tym mogę was zapewnić. To co w tym takiego innowacyjnego w takim razie?  

Trik polega na tym, że będąc ze wszystkimi blisko (bo „społeczeństwo” w jakiś sposób się zawęziło), w prawdzie i szczerości, rozmawiacie. Bo wspólnota to przede wszystkim przestrzeń do bycia ze sobą właśnie, do „dochodzenia” do siebie. Właśnie tam zaczynamy rozumieć, że pewne defekty drugiego, tak jak i nasze, są wynikiem grzechu, pewnej historii życia. Możemy wtedy bardziej miłosiernie spojrzeć na błędy popełniane przez drugiego, mniej surowo oceniać, bo i widzimy w nich samych siebie. Często nieporadnych, zagubionych, w sidłach grzechu. 

Niewątpliwie wspólnoty są miejscami w Kościele, które mają nas prowadzić do świętości. To przestrzeń, w której w pewien sposób możemy przetestować swoje reakcje i postawy po to, byśmy ćwiczyli się w najwyższej cnocie – miłosierdziu i uczyli się bardziej kochać. Pytanie tylko, czy jesteśmy na to gotowi. Wymaga to ogromnego zaufania. Dowiemy się bowiem dużo o sobie i może nas to przestraszyć. 

Właśnie dlatego warto wejść do wspólnoty
6 (100%) 7 ocen.


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.