Często w Polsce mają wszystko – poukładane życie rodzinne i zawodowe. Zostawiają jednak wygodę i wyruszają na drugi koniec świata, żeby pomagać. Wolontariusze misyjni podkreślają, że wracając z krajów Afryki, Azji czy Ameryki Południowej mają poczucie, że więcej otrzymali niż dali.

W Polsce kończy się powoli Tydzień Misyjny. W ramach jego obchodów odbyło się wiele wydarzeń. W poznańskiej kawiarni „Cafe Misja” można było np. spotkać się z wolontariuszami Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego Młodzi Światu. Opowiadali o swojej pracy i doświadczeniach, które zdobyli w Nigerii. Budzą we mnie ogromny podziw. Z pozoru są zwykłymi ludźmi, ale kiedy posłucha się ich historii, czasem brakuje słów podziwu.

Trzeba mieć nieprzeciętną odwagę, żeby pojechać na misje. Nie dlatego, że kraje misyjne są wyjątkowo niebezpieczne. Sami wolontariusze przyznają, że życie w ciągłym zagrożeniu to mit i stereotyp. Owszem, są miejsca, które słusznie wywołują strach. Odwaga jest jednak konieczna do tego, żeby wyruszyć w nieznane. Nie wiedzą przecież, co ich czeka. Czytają przewodniki, poradniki i reportaże, ale rzeczywistość i tak na pewno ich zaskoczy. Konfrontacja oczekiwań z rzeczywistością zawsze wiąże się z pewnym kontrastem. Oni, choć na pewno czują w sobie niepewność, potrafią i chcą ją przełamać.

Wolontariusze jadą do krajów misyjnych po to, aby ewangelizować. To zasadniczy cel. Ich praca nie ogranicza się jednak tylko do głoszenia Słowa Bożego. Są nauczycielami i animatorami. – Dopiero po kilku dniach uczenia algebry uczniowie powiedzieli mi, że wszystko im się podoba, ale nie wiedzą czym jest znak „x” – śmieje się jedna z wolontariuszek misyjnych Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego Młodzi Światu. Dzieciom w krajach misyjnych nie trzeba wiele do szczęścia – wystarczy opona, która toczy się po ulicy, zardzewiała huśtawka, czy zwykła gra w tzw. łapki.

Populacja Nigerii rośnie bardzo szybko. Kraj pod względem liczby ludności jest na siódmym miejscu na świecie z ponad 170 mln mieszkańców. W kwestii religii jest podzielony. Jednak chrześcijanie i muzułmanie, wbrew naszym wyobrażeniem, dążą do zgody. Słyszeliśmy wiele o grupie ekstremistów z Boko Haram, którzy dopuszczają się rzezi na chrześcijanach. To niestety prawda, ale szara codzienność w znacznej części kraju jest bardziej optymistyczna. Do domu św. Jana Bosko w stolicy Nigerii przychodzą dzieci z okolicy bez względu na wyznanie. Modlą się wspólnie. Podczas uroczystości pół godziny poświęcają na modlitwę w wydaniu chrześcijańskim i kolejne pół godziny na uwielbienie Boga w wydaniu muzułmańskim. Ich rodzice nie mają nic przeciwko temu. Wiedzą, że w domu św. Jana Bosko chodzi o bycie ze sobą, pojednanie i niesienie pomocy. Tylko to się liczy.

Po pomoc przychodzą także sieroty i dzieci ulicy. Mają wielki szacunek i wdzięczność dla animatorów i nauczycieli. Postrzegają ich jako osoby, dzięki którym mogą wyjść na prostą. I często wychodzą – po odebraniu edukacji mają większą pewność siebie i łatwiej im znaleźć pracę. Nie muszą żebrać, potrafią jakoś zorganizować sobie życie. To największa nagroda dla wolontariuszy. Dobrze jest wrócić po kilku miesiącach do kraju, wiedząc, że pokierowało się czyjeś życie na lepsze tory.

Wolontariusze od misji specjalnych
6 (100%) 7 ocen.


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze