Z ostatniego filmu Woody’ego Allena „Na karuzeli życia” nie wyszedłem zachwycony, ale nie wyszedłem też rozczarowany. Reżyser daje do myślenia. Jak zwykle. 

Każdy, kto widział choć jeden film tego amerykańskiego reżysera ten wie, co go czeka. Postaci już na samym początku są skomplikowane i złożone, a wraz z rozwojem akcji wszystko gmatwa się jeszcze bardziej. Większość filmów Allena ma wyeksponowaną kompozycję klasycznego dramatu. Nie inaczej jest w tym przypadku. Scena to słynny park rozrywki na Coney Island w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Zarysowanie głównego wątku nie pojawia się jednak od razu, jest budowane stopniowo. 

W końcu staje się jasne, że osią wydarzeń jest rywalizacja dwóch kobiet z trudną przeszłością o tego samego mężczyznę. Jest to jednak po części pojedynek korespondencyjny – jedna z kobiet (Carolina) nie jest świadoma romansu drugiej (Ginny) z przystojnym ratownikiem (Mickey), w postać którego wcielił się Justin Timberlake. Na wątek zazdrości nakładają się powracające jak bumerang konsekwencje wcześniejszych związków obu kobiet. 

Pikanterii dodaje postać Humpty’ego, męża Ginny i jednocześnie ojca Caroliny, który nieświadomy romansu chce zainwestować wszystkie oszczędności w edukację córki z poprzedniego małżeństwa. To kolejny powód do zazdrości Ginny, która jako niespełniona aktorka nie może pogodzić się z pracą kelnerki. Relacje między bohaterami dramatu się plączą. Woody Allen zazwyczaj doprowadza swoje postaci do momentu, w którym nie wiadomo, co jest dobre, a co złe. Jasne, najczęściej taka sytuacja wynika z ich wcześniejszych złych wyborów. To może z kolei rodzić pytanie o wartości w filmach amerykańskiego reżysera. 

fot. YouTube

– Aż „strach” pomyśleć, co by się stało, gdyby Woody Allen był „nasz”. Gdyby zamiast ateistą z życiorysem znaczonym mrocznymi grzechami hollywoodzkiego showbiznesu był przyzwoitym katolikiem. Allen jest bowiem świetnym obserwatorem, wyzutym jednak z refleksji metafizycznej. Właśnie dlatego jego filmom brakuje momentami większego wyrafinowania, szczerych pytań o Boga i Jego miejsce we współczesnym świecie – pisze Krzysztof Gędłek na portalu PCh24.pl. 

Ale może refleksja metafizyczna to już nasza rola. Reżyser jako obserwator przedstawia nam to, co spostrzegł, ale wnioski i refleksje pozostawia widzom. To dodaje jego filmom uniwersalizmu. Woody Allen rzadko ocenia. Nie robi tego, bo sam się waha, boi się jednoznaczności i radykalnych osądów. Pokazuje dramat. Rozdarcie. Czasem wplata w to abstrakcję lub mocno ironiczne poczucie humoru. Skomplikowane postaci i sytuacje komplikuje jeszcze bardziej, żeby pokazać, jak nasza moralność może zostać wystawiona na intelektualną próbę. 

Filmy Woody’ego Allena to początek dyskusji i przemyśleń. Jasne, może łatwiej byłoby obejrzeć film z jasnym przesłaniem i morałem na końcu. Pytanie tylko, czy to nie pozbawiłoby jego dzieł wyjątkowości i specyfiki, na którą składają się przede wszystkim pojawiające się w nim dylematy.

fot. YouTube

Woody Allen? Polecam!
5.75 (95.83%) 4 ocen.



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.