O tym, dlaczego uważa siebie za przemytnika. O cichej ewangelizacji i o tym, dlaczego nie chce być pieskiem, który głośno szczeka – mówi portalowi misyjne.pl Jasiek Mela.  

 

Maciej Kluczka: Mówi pan, że Światowe Dni Młodzieży z 2016 roku mocno zmieniły rodzaj pana pracy w Fundacji, której jest pan liderem. Dlaczego?

Jasiek Mela: ŚDM w Krakowie to był moment rozpędu. Od tego czasu mam nowe kontakty z księżmi, z zakonami. Rozdzwoniły się telefony z zaproszeniami na spotkania – świadectwa, na rekolekcje. Niemal w każdym miesiącu biorę udział w jakimś wydarzeniu, które początek miało właśnie na ŚDM. 

Czy prowadzenie koncertu (takiego jak w ostatni weekend w Krakowie z okazji rocznicy ŚDM Kraków 2016 ) to coś nowego dla Pana?

– Już wiele razy byłem prowadzącym tego typu spotkania, ale przy tak dużym wydarzeniu chyba jeszcze nie. Doświadczenie zdobyłem przy prowadzeniu spotkań motywacyjnych dla firm, ale i świadectw w czasie rekolekcji. Miałem też spotkania w zakładach karnych. Nawet dziś się z tego śmiałem, że powoli brakuje mi czasu. Organizatorzy myśleli, kogo poprosić o prowadzenie imprezy. Przy takich wydarzeniach – nie ukrywajmy – ważny jest wizerunek. Powiedzieli: pomyśleliśmy o tobie. Bardzo mnie to cieszy. Spojrzałem tylko do kalendarza i od razu się zgodziłem.

  Chyba wszystkim utkwiły w głowach słowa papieża: „nie spędźcie życia na kanapie…”. Czy panu również?

– Oj tak. Choć niedawno kupiłem kanapę. Staram się realizować przekaz papieża Franciszka. Bardzo się z nim utożsamiam. To bardzo ważne, że w czasie swojego pontyfikatu promuje i wspiera osoby młode. W tych czasach to przepiękne i jednocześnie bardzo ważne. Nowa ewangelizacja jest bardzo potrzebna. Kościół cały czas ma niełatwe zadanie odczarowywania wizerunku. To się dzieje w ciągu roku od Światowych Dni Młodzieży, to widać. To są dziesiątki akcji, o których do tej pory nie słyszałem. Ludzie się wzmocnili, zyskali poczucie, że można „wyjść z Panem Bogiem z piwnicy”. Przekonują się też, że wiara – przepraszam, że powiem tak wprost – „nie jest frajerstwem”. Niestety niekiedy tak ludzie patrzą na wiarę, choć i to się zmienia. I widać, że jest nas wielu. Zobaczyliśmy się, poznaliśmy, to bardzo cenne. 

Pan nie wspiera tylko akcji i wydarzeń stricte religijnych. Czy podczas spotkań motywacyjnych zdarza się jednak panu przekazywać też zasady, którymi kieruje się pan w życiu duchowym?

– Jeśli coś siedzi w nas naprawdę i kierujemy się tym w życiu – a tak powinno być z moralnością chrześcijanina – to dzieje się to na wszystkich płaszczyznach życia. Mam poczucie, że zawodowo zajmuję się „przemytem”. Nawet jak przygotowuję i prowadzę spotkanie dla dużych korporacji, co z założenia nie jest za bardzo związane z religią i z Panem Bogiem, to jednak tam „przemycam” swoje wartości. Siła, hart ducha – to przecież umiejętności, które łączą się z silną wiarą. Wiele mówię o tym, że człowiek musi zaufać w swoje możliwości, ale musi zaufać też górze (Bogu) – bez tego ani rusz. To taka moja cicha ewangelizacja. Przecież wiara i duchowość są zakorzenione w każdym nas, także w osobach niewierzących. Ja próbuję tę szczelinę dostrzec i ją poszerzać. Świeckość i świętość się ze sobą przeplatają. 

I to pokazuje, że Światowe Dni Młodzieży to nie tylko te kilka tygodni czy kilka dni największych wydarzeń. To formacja, która trwa cały czas. 

– Dni Młodzieży zaczęły się u mnie tak naprawdę rok wcześniej. Pielgrzymki, spotkania motywacyjne, rekolekcje w kościołach, przed kościołami, koncerty, spotkania. To, co się działo później też mnie napędzało i dało wiele sił. Mogłem się spotkać między innymi z Luxtorpedą, z Darkiem Malejonkiem. Od dawna ich słucham i podziwiam. To dla mnie zaszczyt i wielka nobilitacja. 

Jest Pan zapraszany na spotkania, rekolekcje, na prowadzenie takich spotkań jak w Krakowie. Jest pan zapraszany, bo jest pan znany i wierzący jednocześnie. W Polsce aktorów, piosenkarzy, ludzi showbiznesu, którzy otwarcie deklarują swoją wiarę, określa się niekiedy mianem „kato-celebrytów”. Jak Pan na to reaguje? 

– Uśmiecham się i „robię sobie z tego jaja”. Różni znani ludzie różnie to określenie definiują. Oczywiście są wśród nich lekko krótkowzroczni neofici oraz ci, którzy więcej gadają niż robią. Ja do tego grona nie chcę się zaliczać. Wiarę trzeba oceniać po uczynkach miłosierdzia, po miłości do bliźniego, a nie po słowach i tylko tym, co widać, chociażby na ekranie. To tak jak z tym powiedzeniem, że mały piesek najbardziej szczeka. Tak to niestety najczęściej działa. Jednak ważne jest to, że są znani ludzie, którzy otwarcie mówią o swojej wierze. Showbiznes to świat, z którego takie wartości są automatycznie wypychane. Ja często lubię jednak wsadzać kij w mrowisko. Widzę to, gdy czytam na przykład komentarze pod filmikami z moim udziałem. Ja się w sumie z tego cieszę. Jeśli wokół jakiegoś tematu ropęta się burza to znaczy, że część społeczeństwa ma z tym problem i na wyrażenie „wierzę w Boga” reagują nerwowo. To dla mnie świetna grupa, z którą warto dyskutować, bo ich reakcje świadczą o tym, że nie mieli kontaktu z sensowną wiarą i sensownym Kościołem. 

 

fot: Jan Mela

I panu kiedyś było z wiarą i z Kościołem nie po drodze.

– Zgadza się. Ja też nie zawsze byłem gorliwy. Moje nawrócenie to proces. Zresztą chyba jak u każdego. „Trzeba być zimnym albo gorącym, nie zaś letnim” – jak śpiewa 2Tm23. Kiedyś byłem letni, było mi wszystko jedno. Potem był duży bunt. Po wypadku zastanawiałem się, dlaczego dobry, miłosierny Bóg na to pozwala? Coś mi się tu nie zgadzało. Z biegiem czasu nabrałem dystansu do swojego wypadku i zacząłem widzieć, że doświadczam Bożych cudów. Po wypadku – według wielu prawidłowości – nie powinienem przeżyć. A ja, zamiast dziękować, to się wkurzałem i obrażałem na wszystkich. Nie widziałem winy w sobie, tylko na zewnątrz. A Bóg daje odpowiedź, trzeba tylko z nim rozmawiać.  

A po co to wszystko? Po co się pan angażuje w te wydarzenia? 

– Moją pracą chcę pokazać chociażby to, że wydarzenia organizowane przez zakonników też mogą być jajcarskie. Przecież niedawno sam skakałem z oblatem przez ognisko, jeździliśmy taczką, wożąc dzieciaki i skakaliśmy z jednym zakonnikiem w pogo na koncercie Luxtorpedy.

– Co najbardziej pan zapamiętał ze Światowych Dni Młodzieży

– Głównie te świadectwa cichych ludzi, cichych uczestników bądź obserwatorów tych dni. Bo to, że do Polski przyjeżdżali obcokrajowcy i byli zadowoleni, to naturalne. To był ich klimat, tego oczekiwali. Mnie jednak ujęło to, że Światowe Dni wywierały duże wrażenie na świeckich ludziach, mieszkańcach Krakowa i okolic, tych, którzy pracowali w sklepach, w knajpach. Nawet ci, którzy z Bogiem nie mają na co dzień po drodze, pozytywnie odbierali te wydarzenia. Myślę, że w każdym z nich coś z tych Dni zostało. I to musi procentować. Jeszcze się o tym przekonamy!  

 

Rozmawiał Maciej Kluczka

Wyjść z Bogiem z piwnicy [WYWIAD]
6 (100%) 2 ocen.



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
Rosja Lenina a Kościół »

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.