Kiedy myślę o tym, co w chrześcijaństwie jest najtrudniejsze, to wychodzi mi, że wcale nie przykazania, chociaż czasami trudne do przyjęcia i wypełnienia. Ani żadna prawda teologiczna, chociaż czasami zawiła i trudna do zrozumienia. Ale przyjęcie tego, w jaki sposób zachowuje się nasz Ojciec. 

Znamy przypowieść o ojcu, który miał dwóch synów. Jeden z nich wziął swoją część majątku i poszedł w świat. Był królem życia. Ale tylko do czasu, kiedy miał pieniądze. Później był bezradny. Z modnych ubrań, pięknych pań i najlepszych potraw nie pozostało nawet wspomnienie, kiedy bił się o jedzenie ze świniami przy korycie. Myślał, że ojciec będzie wściekły, zawiedziony, rozżalony i nie będzie chciał go znać. Ale zebrał się w sobie i wyruszył w drogę powrotną. 

Być może ojciec zobaczył syna gdzieś na horyzoncie, jak stoi, patrząc na dom, niepewny, co go tam spotka. I dlatego wybiegł mu naprzeciw. Wzruszył się, objął go, ucałował, zaprowadził do domu, dał nową szatę, klejnoty i wyprawił ucztę. Jak tutaj nie przyznać racji złości starszego syna, który pewnie pomyślał, że ojciec zwariował. 

Kiedy czytam tę przypowieść i stawiam się w miejscu młodszego syna, to nawet miło pomyśleć, że mogę być tak przyjęta. Ale jeśli w tym miejscu postawię osobę, która wzięła ode mnie to, co najcenniejsze? Przyjęła ode mnie moje zaufanie, miłość albo zwykłą życzliwość i zrobiła z tego miazgę? Czy potrafię tak po prostu zgodzić się na to, że kiedy ta osoba postanowi wrócić, to Bóg będzie ją witał z takim samym wzruszeniem, otwartymi ramionami i radością? Czy potrafię się nie gorszyć szaleństwem Boga? Czy zgodzę się na Boga, którego miłość szalona? 

To te otwarte ramiona są miarą chrześcijaństwa. Nie intelektualne analizowanie i uzasadnianie prawd wiary (chociaż jako teolog byłabym z tego powodu zadowolona) i wcale nie odbycie odpowiedniej liczby praktyk religijnych. Ani nawet nie staż w jakiejś wspólnocie. Liczy się pojemność serca. Kiedy staniemy przed Bogiem, przed Jego miłością i miłosierdziem, wtedy się okaże, na ile ćwiczyliśmy nasze serce i na ile jesteśmy w stanie tej miłości i miłosierdzia pomieścić. I to jest najważniejszy egzamin, jaki nas czeka. 

 

 

Z tego Bóg będzie nas egzaminował  
6 (100%) 1 ocen.


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze