Europejczycy podbijający Amerykę Łacińską nie znali słowa „inkulturacja”. Nie traktowali indiańskiej kultury jako przyszłego narzędzia ewangelizacji Indian. Przeciwnie, uważali, że kultura ta, jako pogańska, zagraża chrześcijańskiej misji. Wieki od XVI do XVIII to czas walki Europejczyków z pogańskim dziedzictwem toczonej od Andów po Meksyk.

Treścią indiańskiej sztuki były przede wszystkim pogańskie wierzenia. Postrzegana jako niebezpieczna, miała ustąpić miejsca sztuce chrześcijańskiej, wzorowanej na tej z Półwyspu Iberyjskiego. Przybyli z Hiszpanii Europejczycy, a wśród nich misjonarze, próbowali nawracać miejscową ludność na chrześcijaństwo, niszcząc między innymi jej zwyczaje i sztukę. Jean-Marie Gustave Le Clézio, francuski powieściopisarz i noblista, pisze w książce „Meksykański sen albo przerwana myśl indiańskiej Ameryki”: „religia, legendy, zwyczaje, organizacje rodzinne i plemienne, sztuka, język oraz historia, wszystko musiało zniknąć, żeby zrobić miejsce nowej formie narzuconej przez Europę”. Wszystko, a zatem cała dawna, indiańska tradycja. Dlatego obalano idole, zastępując je wizerunkami Matki Bożej i stawiano na rozdrożach naprędce wykonane, drewniane krzyże. Wznoszono także ołtarze, zmuszając pogańskich kapłanów do dbania o zdobiące je kwiaty. Byli to kapłani boga Huitzilopochtli, któremu składano ofiary z żywych jeszcze, ludzkich serc. Indian, którzy nie chcieli przyjąć nowej wiary, zabijano. Niszczono także, za namową biskupa Jerónima de Loaysa, huacas, czyli rzeźby ukazujące lokalnych bohaterów, zastępując je krzyżami.

Przeciwnicy i obrońcy indiańskiej kultury
Nie wszyscy misjonarze uważali taki sposób nawracania Indian za właściwy. Nie da się jednak tego samego powiedzieć o konkwistadorach. Wielu misjonarzy chciało dotrzeć z Bogiem do Indian bez przemocy, wierząc, że uczyni to ewangelizację bardziej skuteczną. Znanym obrońcą Indian był dominikanin Bartolomé de Las Casas. Niemniej jednak przeważała niechęć, a nawet wrogość do indiańskiej sztuki ukazującej bóstwa i boskie stworzenia. Z wrogością do tej sztuki odnosił się przybyły do Meksyku franciszkanin Bernardino de Sahagún. Pisze on w swej kronice:

„bałwan, który ręką bywa robiony, przeklęty jest i sam, i ten, który go uczynił: ten, ponieważ go zrobił, a tamten, ponieważ bogiem został nazwany, chociaż podlega zepsuciu. A Bóg nienawidzi zarówno bezbożnika, jak i bezbożność jego; to też robota razem z rzemieślnikiem męki cierpieć będzie. Dlatego i na bałwany pogańskie nie będzie względu, ponieważ stworzenia Boże stały się przedmiotem nienawiści i pokusą dla dusz ludzkich, i pułapką dla nóg ludzi głupich. Początkiem bowiem cudzołożenia jest wymyślenie bałwanów, a wynalezienie ich jest skażeniem życia; bo ani nie było ich na początku, ani nie będą trwać na wieki. Głupota bowiem ta ludzka weszła na świat, i dlatego prędki koniec dla nich się znalazł”.

Kult posągów
Gdzie indziej następująco zwraca się do Indian:

„Wy, mieszkańcy Nowej Hiszpanii (…) wiedzcie, że wszyscy żyliście w ogromnych ciemnościach niewiary oraz w bałwochwalstwie, pozostawieni w nim przez przodków. Wynika to jasno z waszych pism i malunków oraz z obrzędów bałwochwalczych, z którymi żyliście aż do tej pory”.

Bernardino de Sahagún potępia również kult posągów ukazujących ubóstwionych królów i lokalnych bohaterów. Początki tego kultu widzi w wyrzeźbionym przez pogrążonego w żalu ojca posągu jego zmarłego syna. Posąg ten zaczęto darzyć czcią niczym posąg boga. I znów oddajmy głos Bernardinowi de Sahagún. Stwierdza on mianowicie, że „z czasem, gdy się zły zwyczaj utrwalił, zachowano ten błąd jako prawo, i z rozkazu władców cześć oddawano posągom. – A tych, których w oczy ludzie czcić nie mogli, dlatego że za daleko byli, przyniósłszy figurę z daleka, widoczny obraz króla, którego uczcić chcieli, sprawili sobie, aby nieobecnemu, tak jakby był obecny, gorliwie cześć oddawać”. Nie tylko takie wizerunki czczono. Otaczano kultem również posąg Morozilla, konia, który należał do konkwistadora Hernána Cortésa. Po swej śmierci Morozillo czczony był w świątyni w Tayasal, a w związku z tym, iż Indianie nie mieli dla takiego zwierzęcia własnego imienia, nazwali je Tzimin Chak, czyli Gromowładnym Tapirem.

Chciwi złota a nie dusz
Bardziej niż złoto i srebro Indianie Ameryki Łacińskiej cenili zielony minerał – nefryt, ale dla konkwistadorów najważniejsze były metale szlachetne. Z tych kruszców indiańscy artyści wyrabiali przez wieki posążki swoich bóstw. Europejczykom bardzo zależało na szybkim wzbogaceniu się, dlatego pod wpływem niepohamowanej chciwości zmuszali Indian do oddawania posążków, które ci próbowali przed nimi ukryć. Taki przykład postępowania ukazuje nam Bartolomé de Las Casas:

„Pewien tyran, będąc opiekunem raczej sakiewki i majętności, które pragnął zrabować niż dusz Indian, dowiedział się, że Indianie mieli ukryte swoje bożki (…). Zatrzymał tedy wielmożów indiańskich aż do chwili, w której oddali mu bożki. Sądził, że były one ze złota i srebra, a zawiódłszy się, ukarał ich surowo i niesprawiedliwie. Ażeby zaś nie ponieść uszczerbku w swoim zamiarze, którym była grabież, przymusił tych kacyków, żeby nabyli od niego bożki. Odkupili je za tyle złota i srebra, ile tylko mogli zabrać, aby oddawać im cześć boską, jak to zwykli byli czynić”.

Cień, jaki na pogańską sztukę Indian rzuciła konkwista, doprowadził do niszczenia indiańskiej architektury, rzeźby i malarstwa. Mimo to sztuka ta przetrwała, o czym świadczy obecność jej motywów i techniki w sztuce nowożytnej, wzorowanej na europejskiej. Wtedy to pojawił się także obraz ukazujący Maryję z obliczem Indianki. Był to nieuczyniony ludzką ręką wizerunek Matki Bożej z Gwadelupy, który i dzisiaj mówi nam o tym, że niezależnie od pochodzenia czy koloru skóry każdy jest dzieckiem Boga.

Zniszczone korzenie
5.33 (88.89%) 6 ocen.



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze