Fot. pixabay.com

#Adwent: Jezus przychodzi do człowieka bez wiary 

4 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Adwent to czas oczekiwania na przyjście Jezusa. Bóg nie przychodzi tylko do tych z pierwszych rzędów kościelnych ławek. Przygotowaliśmy dla Was kilka historii, które są dowodem na to, że Jezus, wybierając sobie za miejsce narodzin ubogi żłóbek, nie obawia się również nędzy naszego życia.

Krzysztof pierwszy raz od lat idzie na pasterkę. – Kiedy pół roku temu wysyłałem życzenia z okazji Zmartwychwstania Pańskiego zamiast Wesołego Jajka, rodzina patrzyła na mnie jak na kosmitę – śmieje się. – Nawrócenie to nie taka prosta sprawa.

Krzysztof nigdy nie był zbyt religijny. W domu modliła się tylko babcia, która zaraz po powrocie z codziennej mszy św. krzyczała na wszystkich niemiłosiernie. Rodzice wzięli ślub kościelny i pojawiali się co roku na pasterce raczej z obowiązku – w końcu to babcia rozporządzała niemałym majątkiem, na który po jej śmierci liczyli. – Pamiętam jak kazali mi, jeszcze jako dzieciakowi, chodzić co niedzielę do kościoła. Moi koledzy grali wtedy w piłkę, a ja musiałem ubierać białą koszulę, bo trzeba się pokazać z dobrej strony i iść z babcią na mszę. Myślicie, że oni szli z nami? Gdzie tam! Całe popołudnie oglądali telewizję. Na domiar złego przechodziliśmy z babcią obok boiska, a kumple śmiali się ze mnie, że piękny aniołek prowadzi prowadzi dinozaura do wodopoju. Było mi okropnie wstyd – mówi 30-letni teraz Krzysztof.

Już w gimnazjum, kiedy babcia zachorowała i słuchała mszy przez radio, Krzysztof zamiast do kościoła zaczął chodzić do kolegów pograć na komputerze. Rodzice nie pytali o szczegóły, więc oszustwo uchodziło mu na sucho. Gdy koledzy w liceum chcieli go zabrać na polityczne, antykościelne protesty, zawsze grzecznie odmawiał. Ten spór, w ogóle ta rzeczywistość kompletnie go nie interesowała. Na obowiązkowej spowiedzi przed bierzmowaniem, które zmuszony był przyjąć, ksiądz głośno na niego nakrzyczał, więc odchodząc rakiem od konfesjonału, obiecał sobie, że po przyjęciu sakramentu nigdy więcej nie pojawi się już na mszy. Bierzmowanie było więc dla niego prawdziwym pożegnaniem z Kościołem.

Fot. pixabay.com


Pod koniec liceum zainteresował się filozofią, więc kiedy przyszło do wyboru studiów, nie miał wątpliwości. Od zawsze lubił dociekać sensu rzeczy, może dlatego tak śmieszył go ten „kanapowy katolicyzm” swoich rodziców. – Pamiętam, że na studiach sporo rozmawialiśmy o tym, czy Bóg w ogóle może istnieć. Choć nie zgadzałem się z punktem widzenia ludzi wierzących, paradoksalnie to właśnie wtedy spojrzałem na religię jak na coś poważnego. Do tej pory traktowałem ją jako mało interesujące zajęcie starych ludzi i sposób na wyciągnięcie od nich pieniędzy. Na studiach zobaczyłem, że to coś więcej, nawet jeśli się z tym nie zgadzałem – mówi Krzysztof. – Na studiach poznałem też moją żonę. To ona we wszystkich dyskusjach o religii wbijała mi największe szpile, udowadniając za każdym razem, że moje myślenie jest powierzchowne i mam małe pojęcie o tym, czym naprawdę jest katolicyzm. Godzinami spieraliśmy się o kwestie światopoglądowe, aż w końcu coś zaiskrzyło. Ona, dziewczyna z duszpasterstwa i ja, człowiek zupełnie bez wiary.

To właśnie przez żonę Krzysztof złamał swoje postanowienie sprzed bierzmowania. Ich ślub był pierwszą wizytą w kościele od lat. Nie usłyszał słów zmieniających jego życie, nie doznał religijnego uniesienia, ale był, bo wiedział, że dla niej jest to ważne. Ksiądz nie bełkotał niezrozumiale o otwieraniu drzwi, ale mówił rzeczowo i na temat. – Zobaczyłem wtedy coś innego niż pamiętałem z czasów młodości – mówi Krzysztof. Moja żona nie była owcą w stadzie baranów, w tym kościele to raczej ja wyszedłem na barana, głupio zakładając, że skoro jeden ksiądz w konfesjonale okazał się idiotą, to cały Kościół poza moją żoną jest taki. Od tego czasu zacząłem czytać o kościele nie z zewnątrz, ale od wewnątrz. Odkryłem wielką mądrość Ojców i Doktorów Kościoła – mówi z przyjęciem.

Nawrócenie nie przyszło do niego od razu, nie było nagłego olśnienia, wizji ani fajerwerków. – Wraz z lekturą pism wielkich filozofów i teologów przekonałem się, że wiara w Boga da się uzasadnić. Nie wiem, czy mogę się w pełni określić wierzącym człowiekiem, ale zacząłem powoli chodzić do kościoła, poszedłem do spowiedzi i nawet modlę się czasem… o wiarę – mówi. – Bóg przyszedł do mnie przez moją żonę. Gdyby nie ona, pewnie nigdy nie dostrzegłbym w wierze sensu, a teraz czuję, że powoli ją odnajduję.

Kolejny tekst z cyklu #DoKogoPrzychodziJezus już w trzecią niedzielę adwentu.

#Adwent: Jezus przychodzi do człowieka bez wiary 
5.6 (93.33%) 6 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze