Gdy Bóg otwiera migawkę aparatu

3 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Wybitny fotograf, Ansel Adams powiedział kiedyś: „Chciałbym czasem znaleźć się w takim miejscu, gdzie Bóg czeka tylko, aby komuś otworzyć migawkę”. Można powiedzieć, że ojciec Don Doll SJ, dostał taki przywilej, gdy Bóg powołał go na misję wśród Siuksów – Indian Ameryki Północnej.  

Kapłan, misjonarz i wybitny fotograf. Tak można określić postać o. Dona Dolla, jezuity, który został powołany do posługi misyjnej w Dakocie Południowej na północy Stanów Zjednoczonych. Wszystko rozpoczęło się w 1962 r., gdy 24-letni jezuita został wysłany do placówki w Rosebud, gdzie znajduje się rezerwat Siuksów. Nazwa tej grupy Indian (dokładnie „Dakota”) pochodzi wprost z grupy języków siuańskich (dialektu santee), co można przetłumaczyć jako „sprzymierzeni”, „przyjaciele”. To właśnie na tych terenach jezuici prowadzą misyjne placówki wychowawcze i edukacyjne. Ojciec Doll po latach powiedział, że początki jego pracy tam były dla niego dziwne. Kultura Siuksów była odmienna, co w dużej mierze wpływało na złe traktowanie samych Indian przez jezuitów. Ojciec Doll wspomina: 

Staraliśmy się pomóc im przystosować się do naszego społeczeństwa, nauczyć ich angielskiego, bez poszanowania dla ich rdzennej kultury. Teraz chcemy bardziej szanować ich tożsamość i doświadczenie. Przynajmniej się staramy.  

Te szczere słowa wypowiedziane przez ojca Dona na łamach „New York Timesa” w dużej mierze oddają jego doświadczenie pracy wśród rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej. To właśnie obserwacja Indian, ich kultury, zachowań, szacunku dla natury nauczyła ojca Dolla przede wszystkim respektu i poszanowania dla tych ludzi.

„The Red Power” / fot. Don Doll, The New York Times

Jeszcze w 1962 r. złożono ojcowi Dollowi propozycję wykonania fotografii Indian na potrzeby zbierania funduszy misyjnych. Przez ponad dwa lata żadne ujęcia go nie satysfakcjonowały. Aż w końcu przyszło pewne popołudnie, kiedy o. Doll postanowił przejść się po prerii Dakoty Południowej. Chciał po prostu zastanowić się nad sensem swojej misji jako jezuity. To był właśnie ten decydujący moment. Wtedy przyszło konkretne natchnienie Ducha Świętego. To były proste, jak wspomina jezuita – słowa: 

Zostań z fotografią. To pierwsza rzecz, którą najbardziej kochasz robić. Pozostań z nią. Nie martw się, nawet jeśli zabierze ci to 10 lat.  

Gdy opuścił rezerwat w 1965 r., udał się na studia teologiczne i fotograficzne w Creighton University w Omaha. W latach siedemdziesiątych, właśnie 10 lat po tym, jak pierwszy raz zaproszono go do fotografowania Indian, powrócił do rezerwatu, tym razem jako profesjonalny fotograf i dokumentalista. Uczestniczył w projekcie, w którym robił zdjęcia tym samym Indianom, których 10 lat wcześniej uczył w szkole. O. Doll modlił się za każdym razem, gdy miał nacisnąć spust migawki. Prosił Boga by „mógł sportretować ludzi tak, by ukazać ich prawdziwą wyjątkowość i empatię, jaką Bóg ma dla nich”. Już po roku pracy z nimi dostał tytuł „Wahacankayapi” co oznacza „ten, kto osłania”. Misją o. Dona było bowiem nie tylko promowanie kultury Indiańskiej, ale przede wszystkim jej ochrona. Szczególnie w momencie, gdy jej tożsamość kulturowa była zagrożona.

Fot. Don Doll, The New York Times

Po roku pracy z Indianami powrócił do Creighton, by dalej się dokształcać w zakresie fotoreportażu. W latach osiemdziesiątych, gdy podjął pracę z Indianami Yupika (potocznie zwanymi Eskimosami), o. Dollem zainteresował się magazyn „National Geographic”.  

Potem portretował starszyznę indiańską, lekarzy, nauczycieli czy artystów, którzy byli po prostu Siuksami. Jego praca nie była tylko portretowaniem. Misjonarz przeprowadzał wywiady z tymi ludźmi i ich obserwował. Na podstawie całej swojej pracy z Indianami wydał później kilka reportaży, jednak do dziś nie doczekały się jeszcze polskiego tłumaczenia. 

Fot. Don Doll, The New York Times

To właśnie głęboka kontemplacja w połączeniu z rzemiosłem fotograficznym pozwoliła o. Dollowi osiągnąć tak niesamowite efekty. Jak wspomina, kilkanaście lat po tym, jak pierwszy raz za jego obiektywem stanął rdzenny Indianin, podczas kontemplacji jednym z fragmentów Pisma Świętego znów natchnął do Duch Święty: 

O Boże! Modlitwa jest jak fotografia, w której musisz wypuścić to, co chcesz, albo co myślisz, że się wydarzy. Musisz wypuścić swoje uprzedzenia. To także dotyczy fotografowania. Musisz wypuścić swoje domysły o tym, czym jest lub powinien być obraz i po prostu być w danym momencie.  

Fot. Don Doll, The New York Times / Przy pisaniu korzystałam z tego artykułu

Galeria (7 zdjęć)
Gdy Bóg otwiera migawkę aparatu
6 (100%) 5 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze