Mijam Chrystusa na ulicy 

2 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

– Wracam do domu, trochę mi zimno. Zagotuj mi wodę na herbatę, usiądziemy pod kocykiem i obejrzymy sobie jakiś film. Komu nigdy się to nie zdarzyło? Być może temu, którego spotkałeś wracając i któremu wrzucenie złotówki do puszki uspokoiło Twoje sumienie. 

Ach, jak ja lubię się usprawiedliwiać. Po chwili zadumy dochodzę do wniosku, że właściwie wszystkie moje zaniedbania i porażki to wina nieoczekiwanych splotów wydarzeń albo błędów kogoś innego. Tak samo jest z pomaganiem. Ilekroć widzę kogoś żebrzącego na ulicy, rusza mnie sumienie, ale mówię sobie: „no dobrze, ciekawe, ile pani wyciąga na godzinę i kiedy przychodzi druga zmiana”. Poza tym czuję przecież od kobiety alkohol, więc dać pieniądze to wspomaganie alkoholizmu, a na pójście do sklepu nie mam akurat czasu. Zresztą bułkę i tak wyrzuci, bo to jej sposób na życie. W niedzielę dam dychę na Caritas, bo systemowa pomoc jest lepsza. Usprawiedliwiam się dalej, z czasem chyba nawet zaczynam w to wierzyć. A jednak ilekroć przechodzę obok tej cuchnącej alkoholem kobiety, przez mały moment coś mnie kłuje w sumieniu. Na szczęście nie za długo, już za chwilę wracam myślami do swoich problemów, a po niezbyt przyjemnie pachnącej kobiecie nie zostaje nawet ślad. 

To chyba właśnie do mnie skierowany jest I Światowy Dzień Ubogich, który w czerwcu zapowiedział papież Franciszek. Jeśli tak, to nie wzrusza mną w najmniejszym stopniu. Jak chyba do każdego pomysłu obecnego papieża podchodzę raczej ze zrezygnowaniem i smutnym, niewypowiedzianym pytaniem: „co znowu?” Czas mija, myślami uciekam gdzie indziej, a temat Dnia Ubogich znika aż do minionego tygodnia, kiedy kolega z pracy zmusza mnie do przeczytania artykułu Moniki Białkowskiej w „Przewodniku Katolickim”, gdzie znajduję słowa, które sprowadzają mnie do parteru: 

Podejmowanie wielkich zadań ze świadomością, że jesteśmy na nie zbyt słabi, jest domeną ludzi świętych. Wymaga (…) wiary, że jeśli zaczniemy robić dobro na tyle, na ile w swej słabości zdołamy, to sam Bóg doprowadzi je do końca. 

Boli, jakby mnie ktoś przypiekał żelazem, bo wiem, że choć z uporem, czasem może nawet kurczowo, trzymam się wiary w Boga, to brak mi tej wiary w Jego moc i moją małość. Wracam więc do orędzia Franciszka i homilii św. Jana Chryzostoma, do której papież się odwołuje.  

Chcesz czcić ciało Chrystusa? Nie dopuść, aby było nagie. 

– pisze święty doktor Kościoła i dalej: 

Chrystus w Eucharystii nie potrzebuje szat, ale czystej duszy; natomiast Chrystus w drugim człowieku wymaga wielkiego starania. (…) Ty zaś, zamiast przyjąć Go, zdobisz podłogi, ściany i kapitele kolumn, zawieszasz na lampach srebrne łańcuchy, a Jego, zakutego w więzieniu kajdanami, nawet nie chcesz zobaczyć. 

Papież zachęca do otwarcia się na drugiego człowieka. Tak „po prostu” do popatrzenia mu w oczy, do uśmiechu, do rozmowy, do przełamania „kręgu samotności”. Takie przesłanie, choć nie jest ani trochę wygodne i przyjemne, do mnie trafia. Przypomina mi, że sama wiara bez uczynków nie jest nic warta. Idąc więc dziś ulicą, postaram się nie zapomnieć o Chrystusie, którego zazwyczaj mijam bezmyślnie na ulicy, a który potrzebuje mojego ciepła. 

Mijam Chrystusa na ulicy 
5.7 (95.56%) 9 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze