Fundament krwi – męczennicy z Laosu 

3 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Za wiarę oddali to, co mieli najcenniejszego – swoje życie. Historia siedemnastu męczenników z Laosu to historia bohaterów wiary. Dziś możemy naprawdę wiele się z niej nauczyć. W trwającym właśnie Tygodniu Misyjnym chcemy o nich przypomnieć.  

Misje rzadko kojarzą nam się z cierpieniem. Często oglądamy obrazki wesołych, tańczących tubylców, roześmiane dzieci, pogodnych misjonarzy. Ale za tymi obrazami często kryje się również ogromne cierpienie, a czasem i męczeństwo. Tak było również w Laosie. Działająca od lat pięćdziesiątych komunistyczna partyzantka Pathet Lao w swoich metodach działań nie różniła się bardzo komunistów z Wietnamu czy Chin. Wrogowie sił rewolucyjnych byli bezlitośnie osądzani i mordowani. W Laosie nie było inaczej. Podczas gdy mnisi buddyjscy dalej otaczani byli dużym szacunkiem, wiara chrześcijańska była tępiona bez zahamowań. Obecnie chrześcijanie stanowią w Laosie mniej niż pół procenta społeczeństwa. 

Gdy w latach siedemdziesiątych komuniści ostatecznie doszli do władzy, około 90% wykształconych obywateli uciekło z kraju. Z tej przyczyny opozycja wobec komunistycznych władz praktycznie nie istniała. Misjonarze Laosu, z których sześciu było oblatami, nie byli ludźmi, którzy wycofywali się z powodu niebezpieczeństwa. Pięknie pisał o nich postulator ich procesu beatyfikacyjnego, Roland Jacques OMI: 

„Historia ich życia i ich śmierci wprowadza nas w zgiełk historii świata, która po II wojnie światowej widziała narody wschodniej i południowej Azji wpadające w ręce ateistycznego komunizmu. Ci mężczyźni pozostali heroicznie na swoich miejscach, wierni do końca Jezusowi Chrystusowi oraz zwykłym, powierzonym ich opiece ludziom Boga. Zostali zabici między rokiem 1954 i 1970 z powodu nienawiści do wiary. Joseph Tiên, pierwszy męczennik z Laosu, był księdzem przez cztery lata. Kiedy kazano mu się ożenić, aby stał się „normalnym obywatelem”, dokonał wyboru bez ociągania się: „Jestem posłuszny słowu Boga, na które przysięgałem pozostać wierny. Jestem gotowy oddać moje życie za moich laotańskich braci. Świecki Thomas Khampheuane, który miał zaledwie 16 lat, był również gotowy na śmierć męczeńską. Jego nauczyciel stwierdził: „o. Lucien Galan zapytał mnie, czy będą jacykolwiek ochotnicy, aby towarzyszyć mu w spotkaniu z katechumenami (kandydatami do chrztu), ale nikt z 30 uczniów nie był chętny, aby pójść: zagrożenie było oczywiste. Wtedy Thomas zgłosił się na ochotnika: nie pozwoliłby Ojcu pójść samemu w niebezpieczeństwo”. Co do Jeana Wauthiera, kiedy powracał z podróży misyjnej z odległej wioski, umarł na stojąco, ze swoją torbą na swych plecach… Tych 17 wspaniałych mężczyzn, którzy utożsamiali się z Chrystusem w życiu i w śmierci, tworzą z Nim fundamenty, na których jest zbudowany Kościół w Laosie”. 

Ich historia nie powinna zostać zapomniana szczególnie dlatego, że choć krwawe prześladowania w Laosie się zakończyły, to laotańscy chrześcijanie nadal nie cieszą się pełną wolnością religijną. 

Misjonarze, którzy giną głosząc Chrystusa, powinni stanowić dla nas, Europejczyków, wzór postępowania. Tego, że nie zawsze można iść na ustępstwa, tego, że poświęcenie może być czasem jedynym wyjściem. Ale przecież Jezus mówi: – Błogosławieni jesteście, gdy [ludzie] wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie. Tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami (Mt 5, 11-12). 

Zobacz także
Wasze komentarze