Fot. ks. Jarosław Wiśniewski, Navotas, Manila

Fot. ks. Jarosław Wiśniewski, Navotas, Manila

Navotas: przedsionki raju

6 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Gdyby ktoś nazwał slumsy „przedsionkiem piekła”, nikogo by to nie zdziwiło. Ja jednak postąpiłem inaczej nie przez przekorę, lecz by pokazać wrażenia z wizyty w najbiedniejszej i najbardziej niebezpiecznej, bo „narkotykowej” dzielnicy Manili.

W filipińskim slumsie Navotas na obszarze jednego kilometra kwadratowego gnieździ się ponad milion mieszkańców. Są to „migranci” z biednych prowincji, ale także chrześcijanie z wyspy Mindanao, gdzie większością są radykalni muzułmanie. Policja często odwiedza Navotas i strzela bez uprzedzania do tzw. puszerów, czyli handlarzy narkotykami. Była to jednak z obietnic przedwyborczych prezydenta Duterte. Niektórych cieszy taki radykalizm i podobno żyje się bezpieczniej. Na terenie tej dzielnicy jest kilka katolickich parafii. Grupa studentów uniwersytetu Ateneo de Manila i ja dostaliśmy zaproszenie do największej z nich: wspólnoty św. Wawrzyńca Ruiz. Pracuje w niej czterech dominikanów, siostry misjonarki miłości i wielu wolontariuszy – katechetów.

Ostatnie balony

Na tę niebezpieczną wycieczkę „uzbroiłem się” w trzy paczki balonów, jakie mi pozostały z ostatniej wizyty w papuaskich parafiach. Do Navotas udaliśmy się trzema furgonetkami „dzipni”. Na miejscu mieliśmy chwilę by przygotować się do Mszy św., a na podwórku obok trwała katechizacja. Dyskretnie rozdałem kilka balonów najmniejszym brzdącom, by nie przeszkadzać katechetce. Gdy moi koledzy zaczęli się ubierać do Mszy św., dzieci zakończyły lekcje i odnalazły mnie, by odebrać swój podarunek. Koledzy popędzali mnie, bym się ubierał, wiec nie miałem okazji uszczęśliwić wszystkich. Tym niemniej byłem zadowolony, że podarunek się spodobał!

„Zrzutka” na katechetów

Skromny kościół, zbudowanym na planie greckiego krzyża, został wypełniony po brzegi. Chińskie wentylatory grały muzykę podobną do dźwięku helikopterów. W głównym ołtarzu stały trzy rzędy figurek dominikańskich świętych. Wokół 12 księży i niezliczona liczba ministrantów. Śpiewy i kazanie były w języku tagalog, ale celebrans w kazaniu kilka razy zwrócił się do gości po angielsku tłumacząc, że w parafii trwa akcja „podaruj peso dla katechety”. Parafia ma 20 tysięcy wiernych, więc jest w stanie utrzymać kilku lub kilkunastu katechetów, gdyby każdy podarował 1 peso. Na razie jednak katecheci pracują za darmo, a państwo nie poczuwa się do wspierania Kościoła w tej dziedzinie, ani w żadnej innej. Dziwi to bardzo, bo wedle różnych statystyk katolicy stanowią 80–90 % ludności tego kraju.

 Navotas

Po Mszy św. proboszcz pokazał nam prezentację, abyśmy lepiej poznali to miejsce. Navotas to rejon Manili zamieszkały głównie przez migrantów z okolicznych wiosek, którzy uwierzyli w „magię stolicy”. Niestety przeżyli rozczarowanie. Dobrej pracy nie ma, a mieszkania są tylko prowizoryczne i zbudowane z drewna i blachy. Przed wyjściem do slumsów obejrzeliśmy szokujące fotografie. To miało nas przygotować na wycieczkę w teren.

Na jednym ze zdjęć pokazano nam starca, któremu szczury obgryzły pięty. Siostry kalkutki pracujące w tej okolicy chciały zabrać go do przytułku, ale odmówił, bo twierdził, że wkrótce umrze i syn będzie mógł prosić państwo o zapomogę. Jeśli umrze w przytułku, wedle tutejszego prawa zapomogi nie dostanie. Jakie przedziwne myślenie starca na kilka dni przed śmiercią! Nieważne, że umiera – ważne, by ta śmierć przyniosła choć kilka peso dla syna i jego rodziny. Wszyscy tutaj bytują, balansując na granicy śmierci głodowej.

Na innym zdjęciu obejrzeliśmy ładne budynki wybudowane przez państwo, do których wysiedlani są biedacy. Jadą tam jednak niechętnie, bo są położone na odległych przedmieściach, a tam nie ma pracy. Zwykle matka z dziećmi przeprowadza się na obrzeża, a mąż pozostaje w slumsach, by zarabiać na przykład wożeniem bogatszych ludzi na rikszy. Cały tydzień śpi w zadaszeniu rikszy, byle co je, pracuje „jak koń”, by dostać 200 peso na dzień – czyli w przeliczeniu około 14 złotych, z czego połowę musi oddać właścicielowi roweru.

 

Slums Navotas, Manila, fot.  Fr Lawrence Lew, O.P.

Slums Navotas, Manila, fot. Fr Lawrence Lew, O.P.

Kolejna fotografia przedstawiała rodzinę dilera narkotykowego. Milicja przyszła pewnego dnia i zastrzeliła go bez ostrzeżenia na oczach rodziny. Byli dość bogaci, ale pozostali z niczym i trafili do slumsów. Dziecko tego zmarłego uczy się pilnie i należy do piątki prymusów w klasie. Takich przypadków jest sporo. W slumsach żyją maluchy, które mają ambicje. Obejrzeliśmy też zdjęcie z cmentarza, na którym śpią ludzie. Walczą z wilgocią, epidemiami i głodem, ale nie przestali być ludźmi. Ich człowieczeństwo wzrusza do łez. Były tam zdjęcia grupy wolontariuszy z Japonii, którzy spędziwszy jakiś czas w slumsach, odjeżdżali ze łzami i smutkiem. Przyjechali podzielić się swoimi pieniędzmi, ale zostali obdarowani czymś cenniejszym – dobrocią Filipińczyków. Powiem szczerze, że ich rozumiem, bo coś podobnego przeżywałem w przeszłości w Taszkiencie, a teraz w Papui. Wiele razy proboszcz podkreślał, że pomimo biedy wielu ludzi zachowało godność, bo nie przestali wierzyć w Boga. Wzruszające były zdjęcia, na których widać, że na „ulicach” są wszechobecne figurki i obrazy świętych. Proboszcz zapewnił nas, że mamy się nie bać, bo ludzie z Navotas są bardzo przyjaźnie nastawieni do kleru. Te słowa okazały się prawdą, ale dynamika tych uczuć zaskoczyła nas wszystkich.

Samo życie

Następnie wyruszyliśmy do slumsów. Chodziliśmy po uliczkach wąskich na jeden metr. Ku memu zaskoczeniu wiele „domów” było zrobionych z pustaków, a niektóre były nawet dwupiętrowe. Ludzie pozwalali nam zaglądać, a nawet wchodzić do środka. Wiele z tych pomieszczeń to coś w rodzaju malutkiego kiosku, w którym trzeba się poruszać na kolanach. Widziałem w środku linoleum, dywaniki, telewizory, komputery i oczywiście obrazy świętych. Wiele kobiet było zajętych praniem na zewnątrz. Stwierdziłem, że pomimo nędzy nie było tam brudu. Ludzie starają się żyć godnie. Niektórzy mają pracę i na swój sposób są szczęśliwi. Moją uwagę przykuwały uśmiechnięte i piękne twarze dzieci, których jest mnóstwo. Na rzece kilku chłopców woziło na tratwie pasażerów na drugi brzeg. Taki malutki prom. W rzece pływała gęstwina plastikowych śmieci, a nawet kał ludzki. W tej zaśmieconej rzece niestety kąpią się dzieci.

Pamiątka

Odwiedziliśmy też malutki klasztor koreańskich sióstr, który niczym nie odróżniał się od pozostałych slumsów. Przeszliśmy pod mostem, gdzie sypiają ludzie i zrobiliśmy sobie mnóstwo zdjęć z tubylcami, bo wyraźnie sprawiało im to radość. Byliśmy dla nich czymś w rodzaju atrakcji.

Samochody zawiozły nas w pobliże morza, gdzie ulice były wciąż pokryte wodą, a w powietrzu unosił się zapach stęchłej ryby. Niektórzy z nas zatykali nosy. Ja natomiast wciągałem powietrze pełną piersią ,pamiętając fragment pewnego kazania o tym, że „apostołowie również śmierdzieli rybą”. A jeżeli współczesny apostoł pachnie wyłącznie drogimi perfumami, to znaczy, że się „wykoleił” i nigdy nie porozumie się ze swoimi owcami.

Gdzie mieszka Jezus?

Gdyby mnie ktoś zapytał, jak wygląda niebo, to mógłbym wiele powiedzieć – mam swoje lata i dużo przemyśleń na ten temat. Myślę jednak, że to, co przeżyłem tego dnia, rozdając balony pośród slumsów, jest jednym przedsionków raju. Żal mi tych ludzi, którym nie dane było tam wejść z powodu nadmiernego smrodu. Jezus takimi rzeczami się nie przejmował i był blisko chorych, bo miał dla nich lekarstwo. Zdrowi i bogaci czasami świadomie odrzucają Jezusa, który kiedyś żył w Nazarecie, ale moim zdaniem ostatnio zmienił adres. Nie neguję tego, że Bóg mieszka wszędzie. To podstawowa informacja z katechizmu. Myślę jednak, że gdyby miał wybór, by gdzieś zatrzymać się na dłużej, to pewnie wybrałby Donieck, Aleppo, Piongyang lub Navotas.

 

Navotas: przedsionki raju
6 (100%) 4 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze