FOT. PAP/Paweł Jaskółka

Ratujemy święta Bożego Narodzenia – o Wigilii Caritas [ROZMOWA]

4 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

W wigilię Bożego Narodzenia o godz. 11:00 na Międzynarodowych Targach Poznańskich odbyła się największa w Polsce Wigilia dla Potrzebujących. Tuż przed nią, z jednym jej organizatorów, Pawłem Pominem z poznańskiej Caritas, rozmawiał Aleksander Barszczewski.

Czym jest wigilia dla potrzebujących? Ilu ludzi się spodziewacie?
Wigilia Caritas powstała dlatego, że nie chcemy, żeby ktokolwiek w ten świąteczny czas był samotny. Myślę, że każdy z nas lubi mieć poczucie bliskości z drugim człowiekiem, że jest ktoś, komu na nas zależy. Stąd wyszła inicjatywa wigilii dla wszystkich osób potrzebujących. Będziemy przygotowani na 1300 osób, tyle mamy porcji jedzenia, tyle mamy miejsc przy stole i tyle mamy wreszcie prezentów świątecznych, bo każdy z naszych gości wyjdzie z prezentem od Gwiazdora. O ogromie tego wszystkiego na pewno świadczą liczby. Zsumowaliśmy sobie długość obrusów, które położyliśmy na stołach – wyszły 302 metry! Mamy 400 kilogramów karpia, tyle samo kapusty, 600 litrów barszczu, uszek tyle, że nie liczyliśmy, ale w każdym talerzu trochę się tego znajdzie. Skoro przygotowanie wigilii w domu wymaga trochę zachodu, to przygotowanie jej dla 1300 osób to pełne ręce roboty dla wielu osób.

Będziecie dzielić się opłatkiem?
Tak, będziemy i według mnie jest to najlepsza część tej wigilii, kiedy widać uśmiechy na twarzach. Mam wrażenie, że to dzielenie opłatkiem trochę nam spowszedniało. W przedświątecznym czasie każdy z nas był na wielu różnych spotkaniach, wszędzie ten opłatek, a brakuje takiego zatrzymania (jakkolwiek to banalnie brzmi). A na wigilii Caritas to jest: jest to poczucie wspólnoty, uśmiech ludzi, którzy przeżywają często bardzo trudne sytuacje, a wtedy mogą o tym zapomnieć. Widzą drugą osobę, z którą – często nie znając się – składają sobie życzenia, takie od serca. Ta serdeczność promieniuje i chyba również o to chodzi w Bożym Narodzeniu.

FOT. PAP/Paweł Jaskółka

Skąd się w ogóle wzięła idea Wigilii Caritas?
Trwa to już od lat. Pierwsze takie wigilie były dużo mniejsze, a wyszły z XI Liceum Ogólnokształcącego znajdującego się nieopodal jadłodajni prowadzonej przez siostry albertynki, które organizowały takie spotkania w małym pomieszczeniu przy ulicy Ściegiennego. Ludzie, którzy tam przechodzili, przestali się mieścić, a uczniowie i nauczyciele widząc to, zaprosili inicjatywę do siebie. Miejscem były szkolne korytarze, a przygotowali tę wigilię uczniowie z nauczycielami. Trwało to kilka lat, a 9 lat temu Caritas postanowiła się w to włączyć, zaprosić podopiecznych czterech jadłodajni, które funkcjonują na terenie Poznania i zrobić to w miejscu, w którym wszyscy się pomieszczą. Takim miejscem są na pewno Międzynarodowe Targi Poznańskie.

Które to już spotkanie?
Jest to już szesnasta taka wigilia, dziewiąta na Targach. Każda jest troszeczkę inne, jedne były większe, inne mniejsze. Nie zmienia się to, że od szesnastu lat, co roku ratujemy święta Bożego Narodzenia.

Kiedyś była to Wigilia dla Ubogich, teraz dla Potrzebujących. Skąd ta zmiana?
Oficjalna nazwa projektu, jeśli w ogóle można tak mówić, to Wigilia Caritas. Ostatnio przy przeżywaniu Światowego Dnia Ubogich czytałem dużo ciekawych opracowań na temat ubóstwa, a w jednym z nich przeczytałem, że tak naprawdę musielibyśmy zastanowić się, kto tak naprawdę jest ubogi. Czy to są osoby, którym pomagamy, czy to my, którzy pomagamy. Możemy się nad tym nie zastanawiać, ale zdarza się, że to my jesteśmy ubodzy. Wolę słowo „potrzebujący”, chyba lepiej oddaje to, komu pomagamy. Na naszych wigiliach coraz więcej jest osób starszych, które mieszkają same, są samotne. Żyją obok nas, ale ich nie dostrzegamy. Sam rozmawiałem z kilkoma starszymi osobami, które pytały, kiedy można najwcześniej przyjść, bo już nie mogą się doczekać, kiedy pobędą z drugim człowiekiem.

Takie pomaganie sprawia satysfakcję?
I to olbrzymią! Wywodzimy się przecież, Aleksandrze, z tego samego środowiska harcerskiego, tam nam wpojono taką naturalność w pomaganiu. Nie myślimy o tym, jak pomagamy, ile pomagamy, jak to dobrze, że pomagamy – po prostu jest ktoś potrzebujący, trzeba mu pomóc, więc to robimy, koniec i kropka. Ten moment dzielenia się opłatkiem, kiedy podchodzili do mnie ludzie, których nie znam, dzieciaki, starsi, bezdomni i dzielili się, przytulali – to było coś wspaniałego. Daje to wielką satysfakcję i spełnienie, że nie robi się czegoś tylko dla siebie, ale też dla drugiego człowieka.

Rozmawiał Aleksander Barszczewski

Zobacz także
Wasze komentarze