Kontrasty społeczne i estetyczne takiej metropolii jak Manila najlepiej poznawać samemu, zbaczając z utartych turystycznych szlaków. Prawdziwe życie toczy się poza nimi.

Katolicy stanowią tu zdecydowaną większość, bo jest ich ponad 80%. Prawie jak w Polsce. To miejsce wielu skrajności. Jak we wszystkich rejonach świata, są tu miejsca, które są wizytówką, ale też takie, które wolelibyśmy omijać szerokim łukiem. Im dłużej mieszkam w Manili, tym bardziej się przekonuję, że poznawanie kraju to nie tylko zwiedzanie ciekawych miejsc, ale również tych nieciekawych, a czasem wręcz odrażających. Właśnie tam dzieją się prawdziwe ludzkie historie. Nie są upiększane pomnikami czy zabytkami. Wiem, że to niełatwe. Momentami niektóre dzielnice filipińskich miast mogą przerazić. Uderza jednak ich prawdziwość. Na murach aż roi się od wulgarnych graffiti. Obok wulgaryzmów pojawiają się wizerunki świętych lub aforyzmy. Po ulicach biegają dzieci, które nie mogą liczyć na rodziców. Wychowują się wśród rówieśników.

Manila. Wszechobecne graffiti na murach

Z drugiej strony spacerując po mieście, widzę dzielnice pełne przepychu i bogactwa. Chwilami zbliżam się do tej kruchej granicy piękna i brzydoty, które do spółki dają prawdziwy obraz kraju i ludzi, którzy ten kraj tworzą. Wspinając się na wiadukt nad trasą szybkiego ruchu w miasteczku studenckim, spostrzegłem coś, co wcześniej nie rzucało mi się w oczy. Na każdym stopniu tych schodów leżały nie sprzątane od kilku tygodni śmieci. Mnóstwo papierów, plastikowych kubków, puszek, butelek i petów. Obejrzałem sobie dokładnie i bez emocji teren Państwowego Uniwersytetu Filipin. Trawa wysoka po pas, nie koszona również od miesięcy. Miejsce, które powinno być wizytówką, jest zaniedbane i wygląda, jakby nie miało odpowiedzialnego gospodarza – przykry widok. Pomyślałem sobie, że porządek, tak jak w tym przypadku, może być tylko pozorny. To chyba gorsze niż wchodzący w oczy bałagan w biedniejszych dzielnicach. Tam przynajmniej nikt nie udaje lepszego niż jest w rzeczywistości. Jedną z najważniejszych spraw, kiedy misjonarz zaczyna pracę w nowym miejscu, jest poznanie lokalnego języka – chociażby w podstawowym zakresie. Dlatego od pewnego czasu mam postanowienie, że rozpocznę naukę miejscowego języka, który nazywa się tagalog. Na jednej z taksówek dojrzałem napis: „Dios nasapatin”, co oznacza „Szczęść Boże”. Mieszkałem w Polsce dwadzieścia osiem lat, ale nigdy nie spotkałem takiego napisu na żadnej taksówce. Szkoda, bo to miły widok, kiedy ludzie chcą dzielić się swoją wiarą z innymi. Tego możemy uczyć się od mieszkańców wielu krajów misyjnych. Oni nie wstydzą się swoich przekonań. Kiedy przyjmują chrzest, często radykalnie zmieniają swoje życie – są prawdziwi, autentyczni, mocno przeżywają wydarzenia religijne. Nie obawiają się uzewnętrzniania, a nawet manifestowania swoich poglądów. W Polsce i Europie jesteśmy powściągliwi, skryci. Przebywanie wśród Filipińczyków uczy mnie otwartości. Warto ją praktykować w naszych lokalnych środowiskach.

Ks. Jarosław Wiśniewski

Oceń ten artykuł


źródło: Ks. Jarosław Wiśniewski

Tagi

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze