Fake newsy, czyli nieprawdziwe informacje, sprzedają się najlepiej. Nie bez powodu mówi się, że „kłamstwo zdąży obiec pół świata, zanim prawda włoży buty”. 

No dobrze, ale jaki sens ma publikowanie w mediach nieprawdziwych informacji? Przecież ich zadaniem jest informowanie o tym, co się dzieje, co jest prawdziwe i rzeczywiste. Komu przyszło do głowy pisanie kłamstw? Odpowiedź jest prosta. 

Rynek, także ten medialny, został niemal całkowicie podporządkowany zasadzie podaży i popytu. Liczy się więc to, co popularne, szokujące i „klikalne”. Cytując znaną kampanię reklamową, „życie na co dzień nie dostarcza jednak aż takich emocji”, więc najprościej jest coś zmyślić. Fałszywa informacja o tym, że Leo Messi przeszedł na kolanach z Barcelony do Częstochowy przyciąga większą uwagę niż fakt, że papież Franciszek wypowiedział się na temat pogłębiających się nierówności społecznych.

Fake newsy nie biorą się znikąd. Nie powstają tylko po to, żeby wprowadzić kogoś w błąd. Redakcje są rozliczane przez swoich wydawców nie z rzetelności, ale z liczby kliknięć na stronie internetowej. Ten niezdrowy wyścig o ludzką uwagę kończy się uciekaniem do takich właśnie chwytów. To oczywiście nie usprawiedliwia uprawiania nierzetelnego dziennikarstwa, ale tłumaczy jego przyczynę. A raczej jedną z nich, bo jest ich co najmniej kilka. Nie można nie zwrócić tutaj uwagi na powiązania polityczne niektórych redakcji, które są nastawione na promowanie jednej opcji politycznej. Zdarza się, że używają fake newsów w kampaniach wyborczych, aby osłabić rywala kandydata, którego popierają. 

Czasem wystarczy drobna manipulacja faktami, „zgrabne” rozłożenie akcentów i fałszywy przekaz może trafić do milionów odbiorców. Nie ma wątpliwości, że postprawda zdominowała media, a zwłaszcza Internet. Przez redaktorów Oxford Dictionaries została nawet uznana za słowo roku 2016. Czym właściwie jest?

– Postprawda to absurdalne pojęcie ukute w celach wyłącznie promocyjno-propagandowych, związanych z potrzebą usprawiedliwiania rozmaitych nieetycznych działań w przestrzeni komunikacyjnej. Niektórym ludziom wydaje się, że jeśli powiedzą: postprawda, to kłamstwo będzie „mniej kłamstwem” – tłumaczy prof. Małgorzata Lisowska-Magdziarz.

Postprawda to idealny przykład na to, że nawet kłamstwo nie jest już nazywane kłamstwem. Wartość prawdy w przekazach medialnych została wyparta przez doraźne cele. Przykładów na stosowanie przeinaczeń i manipulacji w mediach jest sporo. O sierotach z Aleppo pisało się wiele i najczęściej pomijano istotne fakty. Pojawiły się nawet wiadomości, że papież Franciszek popiera Donalda Trumpa w wyborach. Tak to już jest, że im news bardziej szokujący, tym większe budzi zainteresowanie. Z tym, że wraz z jego kontrowersyjnością rośnie prawdopodobieństwo, że jest on nieprawdziwy. Dla niektórych redakcji jest jednak najważniejsze, aby był „klikalny”. Do tego niestety sprowadza się etyka dziennikarska w epoce postprawdy.

 

Dziennikarstwo w czasach postprawdy
6 (100%) 9 ocen.



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze