Po prostu jesteśmy braćmi i siostrami. Tak mówi motto Fundacji Kasisi: „Każdy ma coś, nikt nie ma wszystkiego”. Dajemy im coś, czego oni nie mają, oni dają nam coś, czego my nie mamy i w ten sposób następuje wymiana – mówi Szymon Hołownia w rozmowie z s. Agnieszką. 

Jest Pan kojarzony przede wszystkim z katolickim głosem w świecie mainstreamu. To bardzo cenna misja. Jednocześnie od kilku lat obserwujemy rozwój Fundacji Kasisi. Te dwie drogi spotykają się w Pana działalności i przecinają. Która z nich jest bardziej misyjna? 

Nie wiem, siostro, bo ja się nie zajmuję analizą samego siebie. Nie umiem usiąść rano i zastanawiać się, czy jestem bardziej misyjny czy mainstreamowy. Szkoda mi czasu na zajmowanie się prowadzeniem metaautoanaliz. Natomiast wiem, że praca, którą wykonujemy w fundacjach, jest ważna, bo po prostu to czuję. To nie kwestia tego, że ktoś nam dziękuje i daje nagrody albo w jakiś sposób zauważa. Dla mnie nagrodą jest to, że siadając i licząc na koniec roku, widzimy, że uratowaliśmy kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Od śmierci, od głodu, od braku dostępu do wody, żywności, służby zdrowia, edukacji. Gdy człowiek w to wejdzie, to uświadamia sobie, ile tej krzywdy, biedy, niesprawiedliwości, nierówności jest na świecie. One wołają może nie o pomstę do nieba, ale o zmianę postępowania ludzi. Traktuję to jako sens mojego życia tutaj, na ziemi. Żeby udało się zmieścić na tym świecie jeszcze paru osobom w tym samym czasie, w którym ja na nim jestem, chodzę po nim i go używam. 

Kiedy powstała fundacja i skąd taka inicjatywa? 

Mój kolega kiedyś żartował, że kiedy został dziennikarzem, uzyskał prawo do bezkarnego zadawania dwóch pytań: „Jak to się wszystko zaczęło?” i „Skąd pan czerpie inspirację?”. Natomiast mówiąc poważnie, już tysiąc razy o tym opowiadałem: zaczęło się od pisania reportażu do książki „Last minute”. Wtedy pojechałem po raz pierwszy do sierocińca, który prowadzą siostry służebniczki w Zambii, w Kasisi. Tam stwierdziłem, że nie będę tylko pisał tekstu, ale spróbuję sam coś zrobić. I najpierw zrobiłem tyle, ile mogłem za pomocą swoich własnych pieniędzy, a gdy się one skończyły, trzeba było założyć fundację, bo potrzeby ośrodka były dużo większe niż moje prywatne możliwości. Później powstała fundacja „Dobra Fabryka”, czyli kolejne ośrodki. Mam nadzieję, że uda się w tym roku wyjść tak na dobre z Afryki. To znaczy zostać w Afryce, ale pójść też w inne miejsca na świecie. 

Czytając materiały na stronach fundacji, zauważyłam, że nie zajmujecie się pomocą anonimowym dzieciom z Afryki”, tylko wchodzicie w relacje z konkretnymi osobami i konkretnymi miejscami. Bardzo poruszył mnie list, który napisał Pan po śmierci Franka, jednego z podopiecznych. Kiedy pomoc zamienia się w relacje z konkretnymi osobami i jaki to ma wpływ na dalszą pracę? 

Wszystko zmienia się wtedy, gdy podejmie się taką decyzję. Można rzeczywiście myśleć o takiej pracy w kategoriach „przemysłu pomocowego”, choć nie ma przecież w tym nic złego, bo to także wielu ludziom pomaga. Wytwarzamy pewien „produkt charytatywny”, który rzucony na rynek sprawia, że ten rynek staje się bardziej sprawiedliwy. Per saldo to też ma sens, bo dzięki temu iluś ludzi ma lepsze życie. Natomiast właśnie dlatego, że jesteśmy małą organizacją, nie możemy sobie pozwolić na myślenie „projektowe” i wyspecjalizowanie się w budowaniu szpitali czy domów dziecka, kupowaniu samochodów i innych rzeczy potrzebnych misji albo w kopaniu studni. Nasza filozofia jest inna: idziemy w jakieś miejsce, związujemy się z ludźmi, poznajemy ich potrzeby, czasem pozwalamy się im prowadzić. Musimy wspólnie zastanowić się, gdzie jest miara pomocy, którą oni są w stanie przyjąć dzisiaj i za jakiś czas, bo ta miara może się zwiększać. Budujemy z nimi relację i zostajemy w tej relacji. To oznacza, że znamy ludzi, którym pomagamy. Wiemy, kto tam jest, wiemy, kto przychodzi. Oczywiście w szpitalu na piętnaście tysięcy łóżek nie znamy każdego z imienia, ale za to znamy z imienia każdego pracownika. Wiemy, co u nich słychać. Znamy pacjentów, którzy powracają. Każdy człowiek, którego spotkamy tam, na miejscu, jest człowiekiem, a nie przypadkiem. Ci ludzie doceniają to, że przyjeżdża do nich ktoś, kto nie wywyższa się, tylko chce po prostu być ich przyjacielem i wspiera nie z pozycji „robię sobie dobrze”, lub z nastawieniem „przedstawiciela białego świata”, który teraz chce sobie zrobić „laboratorium miłosierdzia”. Po prostu jesteśmy braćmi i siostrami.

Tak jak mówi motto Fundacji Kasisi: „Każdy ma coś, nikt nie ma wszystkiego”. Dajemy im coś, czego oni nie mają, oni dają nam coś, czego my nie mamy i w ten sposób następuje wymiana. Bliska mi jest myśl, którą ma u swoich korzeni wspólnota Sant’Egidio, bardzo dynamiczna we Włoszech, obecna również w Polsce. Oni nie pomagają biednym, tylko są z biednymi we wspólnocie. Ludzie bezdomni, ludzie ubodzy też są w stanie mnóstwo rzeczy dać. To, że ktoś nie ma domu, nie ma pieniędzy, stanowiska, albo władzy, czy zdrowia, nie znaczy, że nie jest człowiekiem i nie może czegoś dać. Widać to w wielu  historiach, w tym, jak opowiadamy o naszych dzieciach, o naszych podopiecznych. Jak oni o nas mówią, traktują nas jak bardzo bliskie sobie osoby. 

Czy mierzy się Pan czasem z zarzutem, że taka pomoc jest tylko kroplą w morzu i nie rozwiązuje problemu Afryki? 

To proszę pojechać do tych, którym się dzięki tej kropli w morzu uda napić albo przeżyć kolejny dzień. Proszę im to powiedzieć. Proszę wszystkich mędrców, żeby tam pojechali i to powiedzieli. Jak ktoś mi mówi: „To nie ma sensu, bo dzieci i tak będą umierać, co z tego, że uratujecie pięcioro dzieci” to ja mu mówię: pojedźcie i powiedzcie to tym pięciorgu dzieciom. Pojedźcie i powiedzcie to matkom i ojcom tych pięciorga dzieci. Oni wam powiedzą, co to zmieniło. Jeżeli widzisz człowieka, a nie ludzkość, to cieszysz się absolutnie z każdej jednostki wyrwanej śmierci, głodowi. My nie jesteśmy ONZ-tem, nie mamy potencjału wprowadzania zmian systemowych – jeszcze. Natomiast czy to oznacza, że mamy przestać robić te zmiany niesystemowe, te zmiany na dole, które może pozwolą większej liczbie ludzi doczekać zmiany systemowej? Każdy z nas ma swoją robotę i niech się nią zajmie. Naszą robotą jest to, by jak największej liczbie ludzi wyrównać szanse. Często i głośno mówimy, że naszym celem nie jest rozdawanie po milionie dolarów każdemu, kogo spotkamy. Moim celem, jako założyciela tej fundacji jest to, żeby wszyscy ludzie, których będziemy mieli pod opieką, docelowo mieli takie szanse jakich chcę dla siebie, dla moich bliskich. Szanse na życie, szanse na dostęp do wody, dostęp do podstawowych rzeczy typu żywność, sanitariaty, edukacja. Szanse na pracę, na samorozwój. Nie jest przecież ich winą, że się urodzili w Sudanie, a naszą zasługą, to że się urodziliśmy w Polsce.

 Zdaje mi się, że Matka Teresa doradziła kiedyś jednemu księdzu, który skarżył się na brak przysłowiowej godziny na modlitwę, by w takim razie modlił się dwie godziny. Chciałam zapytać, jak przy całym ogromie zajęć, lubi modlić się Szymon Hołownia? 

Wie siostra, nie lubię się „wybebeszać”, bo strasznie męczy mnie to – przenikające również do naszego Kościoła – „myślenie celebryckie”. Póki nie usłyszysz, że ktoś coś mówi o sobie, to nie wierzysz, że też coś przeżywa. Z drugiej strony wiem, że wszystko opiera się na świadectwie. Jezus też pokazywał siebie, pokazywał Ojca. Apostołowie opowiadali o swoim doświadczeniu. Ja się staram modlić ile wlezie, bo bez tego się nie da. Ponieważ prowadzę bardzo aktywny tryb życia i mam bardzo mało czasu, bardzo mało śpię i cały czas coś robię, więc mój rytm modliwy  zmienia się w zależności od daty, dnia, rozkładu zajęć. Jednak pewne rzeczy są w nim powtarzalne. Staram się na ile mogę wstać wcześniej, czasami o piątej, żeby mieć godzinę przed rozpoczęciem wszystkich aktywności domowych i zawodowych. By mieć taką godzinę, minimum pół godziny na modlitwę przed ikonami w domu, na wyciszenie się, na zebranie myśli, żeby Pan Bóg miał czas na mnie popatrzeć, a nie żebym tylko ja chodził i cały czas Mu wrzucał różne prośby i sprawy. Później w ciągu dnia, a ja bardzo dużo jeżdżę, modlę się w samochodzie non stop. Odmawiam różaniec, odmawiam Koronkę, modlę się Modlitwą Jezusową. Tych różańców czasami odmawiam cztery, czasami pięć, czasami dwa. Staram się codziennie być na Eucharystii, choć nie zawsze mi się to udaje przy obecnym planie dnia i przy logistyce miejsca zamieszkania i pracy. Jestem powiedzmy cztery razy w tygodniu. Staram się codziennie, albo przynajmniej co parę dni, uczciwie poczytać Pismo Święte. Tak naprawdę cały czas gadam z Panem Bogiem. Próbuję w jakiś sposób odczytywać Jego znaki w życiu, jakoś na nie odpowiadać, modelować moje myślenie, zachowanie. Tysiące razy dziennie się na tym łapię. 
 

Kiedyś dotarło do mnie, że przecież ten Pan Bóg, którego spotkam w pewnym momencie swojego życia, nie jest innym Panem Bogiem, niż Ten, który jest teraz. Już dzisiaj, teraz nie chcę być inny niż nagle po śmierci. Już tutaj muszę Go zapraszać i otwierać się na Niego. Chcę rozmawiać z Nim, takim językiem i w taki sposób, jakby wieczność stawała się już teraz w moim życiu doczesnym. I modlitwa chyba niczym innym nie jest. Potem zmieni się tylko to, że jak już pójdę na tamtą stronę, to będę Go widział twarzą w twarz. Na ile mogę, rozmawiam z Nim non stop i staram się Go słuchać. Za każdym razem odkrywam, że On jest jak cb-radio. W ogóle modlitwa jest jak cb-radio: kiedy mówisz, to On nie może mówić. Jak On mówi, to lepiej, żebyś Ty siedział cicho i słuchał. Modlitwa słuchania i bierności – takiej pozornej, jest – mam wrażenie – czasami dużo trudniejsza. Odkrycie tego jest ważniejsze niż nieustanne doskonalenie technik zagadywania Pana Boga różnymi swoimi sprawami

fot. dobrafabryka.pl, fundacjakasisi.pl

Oceń ten artykuł



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.