Jak każdy młody człowiek szukałem w swoim życiu pasji. Jakiegoś hobby czy zainteresowania, czegoś, co mógłbym robić i opowiadać o tym z wypiekami na twarzy, jak bardzo mnie to kręci i daje poczucie samorealizacji. Wielokrotnie zastanawiałem się nad swoją życiową misją i sensem mojej pracy. 

Pamiętam, jak na zajęciach z Katolickiej Nauki Społecznej z ks. Arkadiuszem Wuwerem zastanawialiśmy się nad etycznym wymiarem pracy. Po tych zajęciach zostało mi kilka przemyśleń. Jedno, które wracało jak bumerang, to takie, że człowiek jest stworzony, żeby pracować. Nie znaczy to, że życiowym celem człowieka jest praca, ale raczej przeświadczenie o tym, że aby dobrze się rozwijać i realizować, muszę pracować. Praca była dla mnie zawsze czymś szlachetnym i ważnym. Pracy należał się szacunek wyrażany zarówno w podejściu do pracodawcy, jak i do przedmiotu pracy. Moje śląskie wychowanie sprawiło, że było to normalne i oczywiste. Od dziecka miałem przeświadczenie, że praca wiąże się z jakąś misją, a zarabianie pieniędzy jest tylko efektem pracy, które zabezpiecza finansowo rodzinę. Uchwycenie sensu pracy wydawało się być kluczowe dla lepszego jej wykonywania.   

Chciałbym napisać o swojej misji. O tym, jak może się ona łączyć z pracą. Misja to cel, któremu podporządkowane są wszystkie inne życiowe cele. Jeśli jestem świadomym chrześcijaninem, moją misją i zadaniem będzie przygotowywanie ludzi na ewangeliczny zasiew, przedstawienie osoby Jezusa, świadectwo wiary, będące świadectwem życia, czyli czynów, decyzji i postępowania. Moją misją jest doprowadzanie ludzi do świadomego i szczęśliwego przeżywania życia. Jestem przekonany, że poznawanie Boga, tworzenie osobowej relacji i wreszcie współdziałanie z Nim ma ogromne znaczenie dla przeżywania tego szczęścia. Już samo inspirowanie do tego, by zacząć poszukiwać Boga jest niezwykle ważne. Można powiedzieć, że mam łatwiej, bo jestem katechetą. Można też powiedzieć, że to mój zawód. Owszem, ale wcale nie znaczy to, że jest łatwiej. Mam ogromne szczęście, że praca i misja przenikają się w moim życiu. Mogę przebywać z młodymi ludźmi, pokazywać im, jaki jest Kościół, którego bardzo często nie znają. Mogę wyjaśniać im zawiłości teologiczne i kształtować ich moralność. Pokazywać, że wiara jest przyjaźnią. Mogę wskazywać na praktyczny wymiar wiary, jaki przejawia się w dbaniu o bliźniego. Mogę wykorzystywać zdobywane od dziesięciu lat doświadczenia przedsiębiorcy, by pokazywać, jak wypracowywać środki finansowe w wolontariacie, zamiast tylko je zbierać. 

Wszelkie narzędzia i doświadczenia są nieskuteczne, dopóki nie zostają wprowadzone w czyn. Jeśli mogę się czymś podzielić, powinienem to robić. Zwyczajowo nie mieści nam się w głowie, by kochać Boga, nie kochając człowieka. Jednak Bóg jest metafizyczny, Jego łatwo jest kochać. Mój brat za to jest bardzo fizyczny i często dla mnie trudny– czy to będzie kolega, koleżanka z pracy, członek rodziny albo małżonek. To trudne relacje. W nich miłość ma wymiar praktyczny, nie jest więc tylko aktem strzelistym, litanią czy pieśnią. Owo kochanie jest konkretnym pochylaniem się nad człowiekiem w jego codzienności. Jest także wychodzeniem naprzeciw swoim słabościom – codziennym umieraniem w sobie i dla siebie samego. Jest wreszcie miłością w wersji praktycznej  – modlitwą tak realną i naturalną, a czasem szokującą jak przysłowiowy strzał w zęby. W tym wszystkim jest misja. Każda relacja i każde zadanie ostatecznie winno zmierzać do jej wypełniania. To nie jest i nigdy nie będzie łatwe.  

Dlaczego tak ważne jest odkrycie swojej misji? Bo łatwiej wtedy określić cele, które należy realizować. Mając zaś jasno określone cele, łatwiej znaleźć i kreować narzędzia potrzebne do ich osiągania. Misja to nic innego jak nadrzędna przyczyna działania!  

fot. Kari, flickr.com

Oceń ten artykuł


źródło: Michał Piętosa

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze