Na Krecie pierwsi osadnicy pojawili się około ośmiu tysięcy lat temu. Pobyt na tej greckiej wyspie to nie tylko podziwianie pięknych widoków, ale także dotknięcie początków naszej cywilizacji.

Była pierwsza w nocy. Wysiadając z samolotu w Heraklionie, poczułem zimny wiatr. – Może to jednak nie był najlepszy pomysł, żeby przylatywać tu w maju. Lipiec jest jednak pewniejszy jeśli chodzi o sprzyjającą aurę – pomyślałem sobie. Współpasażerowie mieli podobne odczucia. Bez wahania zaczęli wyciągać bluzy z długim rękawem z podręcznego bagażu. Wsiadłem do autobusu, który miał zawieźć mnie do odpowiedniego hotelu. Po drodze wypatrywałem ciekawych krajobrazów, ale Kreta w ciemnościach ukryła wszystkie swoje walory. W tle leciała grecka muzyka, do której nucił pan kierowca. Wyciągnąłem telefon i odczytałem pakiet wzruszających SMSów od operatora, który czule witał mnie na greckiej ziemi informacjami o planie taryfowym, który niniejszym został wprowadzony. – Dobrze, że nie trzeba się już troszczyć o roaming – powiedziałem do siebie po cichu. Wiadomości mimo wszystko jednak spływały, a powiadomienia z różnych telefonów co jakiś czas dochodziły do głosu z kieszeni, plecaków i toreb świeżo przybyłych turystów.

Kreta, Istron. fot. Michał Jóźwiak

Po odebraniu klucza do pokoju, który – jak się okazało – znajdował się tuż przy recepcji, miałem tylko jedną myśl: spać! Zasnąłem od razu. Mimo że lot samolotem ani podróż busem nie trwały zbyt długo, to jednak patrzenie na 2:30 na zegarku powodowało, że oczy zamykały mi się same. Obudziłem się po siódmej. Odsłoniłem okno i wyszedłem na balkon. Teraz Kreta odkryła już przede mną część swojego uroku. Wzgórza były oświetlone ciepłymi promieniami słońca, a wiatr rozganiał resztki pierzastych chmur. Byłem zachwycony. Czułem, że trafiłem w odpowiednie miejsce. Opisy w katalogach biur podróży mogą być najbardziej wysublimowane, ale dopiero kiedy docierasz na miejsce, wiesz, czy będziesz czuł się tu dobrze czy też nie. Usiadłem na krześle i przez chwilę wpatrywałem się w tę malowniczą scenerię. Wówczas przypomniał mi się cytat z „Greka Zorby” – książki, do której często wracam.

„Ten kreteński krajobraz przypominał mi dobrą prozę: wypracowaną, oszczędną, wolną od zbędnych ozdobników pełną dynamizmu i powściągliwą. Jak ona wyrażał istotę rzeczy najprostszymi środkami, wolny od wszelkiej kokieterii, od najmniejszej sztuczności, po męsku surowy. Ale wśród jego ostrych kształtów można było odnaleźć nieoczekiwaną czułość i zmysłowość. W cichych dolinach upajały wonią drzewa pomarańczowe i cytrynowe, a dalej z nieskończoności morza jak z niewyczerpanego źródła emanowała poezja” – pisał Nikos Kazantzakis.

Przyjechałem tu wypocząć. Wziąłem więc prysznic, poszedłem na śniadanie, a zaraz po nim powylegiwałem się trochę na przybasenowym leżaku. Nie trwało to długo, bo słońce mocno dawało się we znaki. – Dość lenistwa. Trzeba przejść się po okolicy – pomyślałem. Zabrałem najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyłem. Poszedłem w kierunku plaży, mijając sklepiki i tawerny, które dopiero czekały na pierwszych klientów. Po kilkuset metrach poczułem zapach słonej, morskiej wody. Jej kolor był niesamowity. Natężenie turkusu wydawało mi się tak duże, że aż nienaturalne, ale niezwykle przyjemne dla oka. Zatoka Mirabello okazała się miejscem, gdzie turyści mogą nie tylko wykąpać się w Morzu Kreteńskim, ale także nacieszyć oczy widokami. W okolicy rozciągały się wąskie ścieżki, prowadzące do niewielkich kąpielisk, do których większość zwiedzających wyspę raczej nie docierała.

Kreta, zatoka Mirabello. fot. Michał Jóźwiak

Następnego dnia publicznym autobusem (który oczywiście spóźnił się kilkanaście minut) wybrałem się do oddalonego o kilka kilometrów Agios Nikolaos. Na ulicach urokliwej miejscowości było jeszcze spokojnie. Sprzedawcy dopiero leniwie otwierali swoje sklepy, a restauratorzy, przygotowując stoliki, życzliwie zagadywali nielicznych przechodniów. Kupiłem trochę pamiątek, w tym oczywiście ouzo (grecka anyżowa wódka) i magnesy, które już od wielu lat kolekcjonuję. Po długim spacerze po miasteczku i zrobieniu zdjęć udałem się na przystanek, nie mając oczywiście pojęcia, gdzie go znajdę. Gdy popytałem tu i ówdzie, okazało się jednak, że przystanek jest bliżej niż mi się wydawało.

Próbowałem odczytać rozkład jazdy, ale okazało się to trudne nawet dla mieszkańców. Nikt nie potrafił powiedzieć, o której godzinie przyjedzie autobus i dokąd będzie się udawał. Grecy nie mają z tym jednak problemu. Z niczym się nie spieszą i nic nie jest w stanie ich zestresować. Usiadłem cierpliwie na ławce. – Jak już się coś pojawi, to zapytam kierowcę, dokąd jedzie – pomyślałem. Na przystanek przyszło starsze małżeństwo. Na oko około osiemdziesiątki. Ona próbowała zorientować się, kiedy przyjedzie autobus, a on skrupulatnie zawiązywał siatki z zakupami tak, aby się nie rozsypały. Wiedziałem, że starsza kobieta nie zna pewnie angielskiego, ale nazwy miejscowości brzmią przecież w każdym języku w miarę podobnie. – Istron? – powiedziałem pytająco. Kobieta przytaknęła, uśmiechając się życzliwie, pokazując na zegarku, o której pojawi się autobus. Pokazała mi też, gdzie kupić tańsze bilety.

Kreta, Agios Nikolaos. fot. Michał Jóźwiak

Biła z niej uprzejmość. Choć jej twarz, choć była pomarszczona i doświadczona życiem, to jednak dało się z niej wyczytać chęć pomocy i okazania sympatii. Jest w takich twarzach jakaś wielką siła, której starość nie zabiera. Kiedy przyjechał kierowca, pomogłem małżeństwu wnieść zakupy do środka. – Efcharisto (dziękuję) – powiedziała z ulgą w głosie. Uwielbiam takie spotkania. Z pozoru są nic nie znaczące i niewiele wnoszą do życia. Ale tylko pozornie. Bo zapamiętam jej twarz do końca życia. Nie zrobiła niczego wielkiego, pewnie sam też bez większego problemu doczekałbym się właściwego autobusu. Ale jej życzliwość udzieliła mi się na całe wakacje i przywróciła we mnie przekonanie, że można czerpać radość z niesienia nawet najmniejszej pomocy.

Grecy mawiali kiedyś, że ludzie w potrzebie są posłańcami bogów i takie przekonanie chyba nadal płynie w ich krwi. Mimo że bywają szorstcy, bo nie lubią, jak zawraca się im głowę, jednak czerpią radość ze spotkań z ludźmi. To ich siła napędowa. Odczuwam to podczas każdych wakacji spędzonych na greckich wyspach. To zasługa ludzi, klimatu, krajobrazów. Łatwo się tu rozmarzyć, zatracić się w snuciu planów przeniesienia życia w te piękne miejsca. – Nigdzie tak łagodnie i łatwo nie przechodzi się od rzeczywistości do marzenia. Można powiedzieć, że tu, w Grecji, cud rodzi się na zawołanie – pisał Kazantzakis. I miał rację.

fot. Michał Jóźwiak

Galeria (14 zdjęć)
Tutaj cud dzieje się na zawołanie [REPORTAŻ]
5 (83.33%) 5 ocen.


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.