Wielu z nas wie, że zachowane od zniszczenia ciało św. Andrzeja Boboli, od 2002 r. Patrona Polski, spoczywa w szklanym sarkofagu w jego warszawskim sanktuarium przy ulicy Rakowieckiej. Niewielu zaś wie, że drugie jego sanktuarium znajduje się na Podkarpaciu, we wsi Strachocina niedaleko Sanoka. Gdyby nie nocne wizyty świętego na plebanii w Strachocinie, nikt nie dowiedziałby się o miejscu jego urodzin.

Niechętni, a nawet wrodzy mu Kozacy nazywali św. Andrzeja Bobolę Duszochwatem, gdyż skutecznie potrafił nawracać prawosławnych chrześcijan na katolicyzm. Liturgia wspomina tego świętego 16 maja. Mówi o nim także encyklika „Invicti Athletae Christi” papieża Piusa XII z 1957 r. Piękną i wciąż wartą przeczytania powieść o tym świętym pt. „Mocarz” napisał przez laty Jan Dobraczyński.

Niezłomny Duszochwat

Św. Andrzej Bobola umęczony został przez Kozaków w Janowie Poleskim w 1657 r. Urodził się natomiast w 1591 r. w Strachocinie. W zakonie jezuickim był moderatorem uczniowskiej Sodalicji Mariańskiej: wileńskiej i pińskiej, a od 1636 r. wędrownym kaznodzieją. Beatyfikowanego w 1853 r., kanonizowano w 1938 r. Wtedy to sprowadzono jego relikwie z Rzymu do Warszawy, na rok przed wybuchem jednej z najokrutniejszych wojen w dziejach.

O św. Andrzeju Boboli zachowało się między innymi świadectwo jezuity Jana Łukaszewicza, ucznia kolegium jezuickiego w czasie, kiedy to święty ów przebywał (lata 1642–1646) w Pińsku i okolicach. O. Jan Łukaszewicz wspomina: „Gdy uczyłem się w Pińsku w czasie wojny moskiewsko-kozacko-szwedzkiej (…), jako gościa wtedy przebywającego od dłuższego czasu widziałem i poznałem o. Bobolę. Kilka razy go odwiedziłem i w celi rozmawiałem. Był on poważny, skromny, wstrzemięźliwy, duchowny, pobożny, przestrzegający reguł zakonnych. Takim ja go widziałem i inni, a spoglądając na niego, budowaliśmy się. Wzrostu był małego, głowa, twarz i korpus okrągłe, twarz miał pełną, cokolwiek zarumienioną. Włosy na głowie i brodzie przedwcześnie osiwiałe, bielutkie… O cnotach jego teologicznych i kardynalnych świadczy jego życie przeszłe i ostatnie zakonne, dobre zachowanie reguł; spokojny, pogodny z wszystkimi, jego żarliwość w kazaniach przez wiele lat, budujące rozmowy, owocodajne misje, stąd pochodząca opinia o jego pobożności i cześć ludzi, oddawana jako znakomitemu zakonnikowi i świętemu”.

W sztuce przedstawiano św. Andrzeja Bobolę dość skromnie. Wyobrażanemu w jezuickim stroju zakonnym towarzyszyły takie atrybuty – poza Kozakami – jak chociażby krzyż, laska, liść palmy oraz szable wbite w kark i lewą rękę, nawiązujące do misyjnej działalności i męczeństwa świętego. Czasem też ukazywano św. Andrzeja Bobolę w towarzystwie Maryi, którą tak bardzo ukochał i której kongregację prowadził. Niekiedy przedstawiany był z rękoma skrępowanymi sznurem jako przyjmujący w pokorze trudną wolę Bożą, na przykład na obrazie Henryka Musiałowicza z sanktuarium w Warszawie. O męczeństwie świętego porównywanym z Chrystusowym męczeństwem, ale z odmiennym skutkiem, opowiadają również kapliczki na Bobolówce w Strachocinie (Dróżki Tajemnic Bolesnych Pana Jezusa i Św. Andrzeja), znajdujące się w miejscu, w którym stał kiedyś dwór, gdzie św. Andrzej Bobola przyszedł na świat. To święty, który w 1819 r. w Wilnie przepowiedział dominikaninowi, o. Alojzemu Korzeniewskiemu, odzyskanie przez Polskę niepodległości: „Gdy wojna, której masz obraz przed sobą, zakończy się pokojem, Polska zostanie odbudowana i ja zostanę uznany jej głównym patronem”.

Tajemnicza postać w czerni

Św. Andrzej Bobola ukazał się nie tylko wspomnianemu dominikaninowi. Nie tak dawno, bo w latach osiemdziesiątych XX w., przypomniał o sobie również w Strachocinie. Ukazał się dzisiejszemu proboszczowi tamtejszej parafii, ks. Józefowi Niźnikowi. Obecnie na miejscu dawnej plebanii stoi dom przeznaczony dla pielgrzymów i rekolekcjonistów. Św. Andrzej Bobola odwiedził ks. J. Niźnika w 1987 r., upominając się o swój kult w Strachocinie. Wizyty świętego odbywały się także u poprzedniego proboszcza, w latach 1970–1983 i prawdopodobnie to z ich powodu kapłan ten podupadł na zdrowiu. Postać była odziana w czarną sutannę, miała ciemną brodę i smukłą sylwetkę. Kiedy wspomniany proboszcz znalazł się w szpitalu, ks. J. Niźnik zastąpił go jako duszpasterz.

Tak opowiada o swoich spotkaniach ze św. Andrzejem Bobolą w Strachocinie: „Przybywając na plebanię, nie znałem powodów choroby ks. Ryszarda, a tym bardziej nigdy nie słyszałem o jego doświadczeniach duchowych. Dlatego to, czego doświadczyłem w kilka dni po przybyciu do parafii, było autentycznym wstrząsem. Z perspektywy lat oceniam, że moje zachowanie wtedy, gdy po raz pierwszy nocą pojawiła się nieznana postać, było niewłaściwe. Ale strach był silniejszy niż zdrowy rozsądek. Pierwsze spotkanie z tajemniczą osobą miało miejsce nocą z 10 na 11 września 1983 r. Spotkania ze zjawą trwały prawie przez kolejne cztery lata. Tajemnicza postać pojawiała się zawsze o tej samej godzinie, nieregularnie i nigdy nie można było przewidzieć, kiedy znów zapuka do drzwi. Niekiedy przychodził dwa razy w tygodniu, a czasami raz na kilka miesięcy. Każdym pojawieniem się postać przypominała o sobie i wzywała do ‘poszukiwania wyjścia z zaistniałej sytuacji’. Na początku pojawianie się postaci wiązałem z duszą kapłana, który potrzebował pomocy. Dlatego modliłem się w jego intencji, odprawiałem Msze św. Z upływem czasu moje myślenie o pojawiającej się postaci zmieniło się. Przyszedł taki moment, gdy uświadomiłem sobie, iż ten, kto puka, chce wejść, a ja mam otworzyć mu drzwi. Od tej chwili zmieniły się intencje moich modlitw. Wcześniej chciałem pojawiającemu się pomagać, teraz zanosiłem modlitwy, aby dowiedzieć się, kto przychodzi i czego chce. Ale strach ogarniający mnie podczas pojawiania się postaci nie pozwalał na nawiązanie z nią kontaktu. Mijały dni, tygodnie, miesiące i lata, a pojawianie się tajemniczej postaci nie ustawało. Dopiero w nocy z 16 na 17 maja 1987 r., gdy nieznana postać znowu zapukała, jak zwykle o tej samej godzinie, zbudzony ze snu, nabrałem odwagi. Wtedy po raz pierwszy nawiązałem z nią świadomy kontakt. Zadałem pytania: kim jesteś? czego chcesz? W odpowiedzi usłyszałem głos, który docierał do mej duszy, jakby mnie przenikał. Nigdy nie zapomnę tego, co powiedział: Jestem św. Andrzej Bobola. Zacznijcie mnie czcić w Strachocinie”.

Niewielka wieś leżąca kilka kilometrów za Sanokiem zaprasza do swego sanktuarium. Można tutaj nie tylko wzmocnić się duchowo, ale i odpocząć w ciszy, wśród wzgórz i drzew, zatrzymać się w codziennym pędzie. Wrota sanktuarium zawsze stoją otworem, a ksiądz proboszcz wraz z siostrami franciszkankami rycerstwa Niepokalanej z radością ugości każdego, kto przybywa – z bliska czy z daleka – oddać cześć św. Andrzejowi Boboli.

Fot. fakty.interia.pl

Strachy w Strachocinie, czyli o św. Andrzeju Boboli
6 (100%) 6 ocen.


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze