Dziś wspominamy świętego Mateusza, celnika. Jest jeszcze jeden celnik, który pojawia się w Ewangeliach. Jest nim Zacheusz. Ewangelista Mateusz jednak nie opisał tego wydarzenia, w którym brał udział jego kolega po fachu. Zrobił to Łukasz w 19. rozdziale Ewangelii. 

Wszystko dzieje się w Jerychu. W tamtym czasie było to znane uzdrowisko, miasto bogate, światowe, które odwiedzały znane osobistości. Herod spędzał tam zimy. Słowo „Jerycho” oznacza „pachnąca”. Jednak zapach tego miasta na pewno nie był zapachem świętości, bo mieszkały tam luksusowe prostytutki i to nie w celach podreperowania zdrowia, ani dlatego, że były bezrobotne.  

Przy drodze do miasta rosły sykomory. To drzewa przypominające morwę, z owocami podobnymi do fig. Korzenie tej rośliny wychodzą na zewnątrz i rosną w kierunku pnia. Dlatego wejście na sykomorę nie sprawiało większego problemu nawet komuś, kto prowadził siedzący tryb życia w komorze celnej.  

I teraz wyobraźmy sobie: biegnie pan Zacheusz, dyrektor urzędu celnego. Biegnie na złamanie karku, jak kibic piłkarski, który chce zobaczyć Ronaldo. I wspina się na drzewo jak chłopiec, który chce zerwać czereśnie. Ten widok na pewno ubawił tłum czekający na Jezusa. Ale Zacheusz nie ogląda się na boki. Chce tylko „zobaczyć Jezusa, kto to jest”. Cała trudność w wejściu na sykomorę nie polegała więc na umiejętnościach wspinaczkowych, ale na tym, by zaryzykować bycie wyśmianym. 

Jeśli ktoś chce zobaczyć Jezusa, to musi wyrwać się z tłumu. Musi wybiec z mniemania o sobie, z konwenansów, z lęku przed byciem niepoważnym. Wchodząc na drzewo, Zacheusz rozbiera się ze swojej roli społecznej. Odrzucił wszystko, co mu przeszkadzało zobaczyć Jezusa i usadowił się na sykomorze jak dziecko, czyli w idealnej postawie, by spotkać Jezusa. „Jeśli nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego”. 

Jezus mówi do celnika: zejdź prędko, muszę zatrzymać się u ciebie. Jeśli Bóg widzi pragnienie i poszukiwanie Go, to sam nie zwleka. Domem Boga staje się ten dom, w którym mieszkam, pracuję, śpię, jem, cieszę się, kocham i grzeszę. Syn Człowieczy nie ma swojego domu. Idzie mieszkać tam, gdzie jest serce tęskniące za Nim. 

Bóg „do grzesznika poszedł w gościnę”. Dom grzesznika stał się miejscem świętym. A my, zamiast adorować, stoimy na zewnątrz i narzekamy, że nie tak powinien zachowywać się porządny Bóg. Przecież są lepsze domy, bardziej nobliwi ludzie, o katedrach i kościołach z tradycją nie wspominając. To dlaczego On idzie w takie miejsce? Ponieważ Boże mapy rysuje logika paradoksów. Stracić, by zyskać. Umrzeć, by żyć. Zostawić wszystko, by znaleźć tylko jedno. 

Przebywanie pod jednym dachem z Jezusem oznacza, że świat będzie mówił, że oszaleliśmy. Rozdać innym swój święty spokój i wygodne życie. Oddać im nawet to, co się im nie należy. Dać się okraść z wolnego czasu, prestiżu i bycia w centrum uwagi. Kto normalny tak robi? 

Ludzie mówili, że Zacheusz oszalał. A on znalazł zbawienie. Znalazł radość życia. 

Celnik, który oszalał
6 (100%) 3 ocen.


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.