Podczas wolontariatu na Madagaskarze zdarzały się dni szczególnie trudne. Ogrom pracy nie był niczym zaskakującym – byłem przygotowany na to, że po pomoc będzie przychodzić wielu chorych. Można było się przyzwyczaić także do skromnych warunków życia. Nawet to, że w punkcie medycznym nie było prądu i wody dało się przeżyć.

Nigdy jednak nie przywykłem do tego, że z racji fatalnej infrastruktury i braku prawdziwej przychodni dla niektórych pacjentów nie mogłem zrobić nic. Musiałem przeprosić i rozkładając ręce, powstrzymywać rosnącą irytację powodowaną zupełną bezsilnością.

Pamiętam mężczyznę, który w środku nocy przyszedł pod chatę, w której mieszkałem wraz z nauczycielami z miejscowej szkoły. Ciszę pogrążonej we śnie wioski przerwał głośnym pukaniem w blaszaną furtę. Na rękach trzymał na wpół przytomne dziecko. Okazało się, że jego kilkuletni syn ma malarię, objawiającą się bardzo wysoką gorączką, wymiotami i biegunką. Stan chłopca nawet na pierwszy rzut oka był ciężki. Zazwyczaj w takich przypadkach pacjenci niezwłocznie otrzymywali kroplówkę z lekarstwem. Tym razem było inaczej. W związku z tym, że przez kilka ostatnich dni było wyjątkowo dużo przypadków malarii, niespodziewanie skończył się zapas leków. Chłopczyk miał ogromnego pecha. Po nowe lekarstwa miałem udać się następnego dnia o świcie. Tymczasem nie miałem mu jak pomóc. Najbliższy punkt apteczny był oddalony o ponad 20 km. W wiosce nie było samochodu, z resztą w połowie dystansu drogę przecinała wezbrana wówczas rzeka, której nie dało się przejechać. Nie wiem, co stało się z chłopcem. Czy jego organizm okazał się na tyle silny, by wytrzymać chorobę mimo braku lekarstw… Mężczyzna z dzieckiem na rękach zniknął zasmucony, odchodząc w gęstą, tropikalną noc. Pewnie wrócił do swojej wioski, ale nigdy więcej go nie spotkałem.

Miejscowość Befasy niewiele różni się od tej, w której pracowałem jako wolontariusz. Również położona jest w dzikim buszu. Podobnie w porze deszczowej jest odcięta od świata przez wartką rzekę. Także nie ma w niej dobrze funkcjonującej przychodni. Chorzy z Befasy borykają się z problemami, które nam trudno sobie nawet wyobrazić. Możemy jednak zmienić tę rzeczywistość. W ramach projektu „Chata Medyka” w Befasy budujemy przychodnię zdrowia. Wciąż jednak potrzebujemy pieniędzy. Możesz pomóc. Przekaż dowolną kwotę i daj Malgaszom nadzieję na zdrowe życie: misyjne.pl/nasze-akcje.

Galeria (7 zdjęć)
Chata Medyka: bez pomocy nie powstanie przychodnia
6 (100%) 1 ocen.


źródło: Jacek Jarosz

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.