Bardzo trudno stawać w prawdzie. Łatwiej zawsze mówić o prawdzie drugiej osoby, wskazać palcem konkretne uchybienia i błędy. Często zresztą się wtedy mylimy, nie mając głębszej perspektywy. A co z prawdą o nas samych? Czy, jak i kiedy ją wyrażać?

Być może spotkaliście kiedyś osobę, której głównym przymiotem byłaby autentyczność. Czym ona się może charakteryzować? Dużą swobodą zachowań i słów, bezpośredniością, brakiem obaw przed zwróceniem komuś uwagi, szczerością w krytyce, komplementach, reakcjach typu śmiech, naturalność i nieprzejmowanie się tym, co inni powiedzą. Z mojego doświadczenia wynika, że czasami takim osobom brakuje wyczucia sytuacji, ale generalnie rzecz biorąc w swej spontaniczności są zachwycającymi ludźmi. I tacy powinniśmy stawać się przemieniani Bożą miłością. Jest jednak pewien warunek.

Wszyscy na pewno słyszeli o egzorcyzmach. Otóż można je przeprowadzić na sobie samym, w „domowy” sposób. A polega on na niczym innym jak na nazwaniu rzeczy po imieniu w obecności np. braci ze wspólnoty, przyjaciela czy innej zaufanej osoby. Brzmi może tak prosto, że aż śmiesznie, ale w rzeczywistości takie nie jest. Jest w nas wiele ciemności i kwestii, przed którymi nie chcemy stanąć w prawdzie. W takim egzorcyzmie chodzi właśnie o coś takiego – o zdjęcie z siebie maski, o wypowiedzenie tego, czego się wstydzimy powiedzieć, co kisimy we wnętrzu, bo albo nie wypada, albo daje wrażenie wykonywania wyroku śmierci na samym sobie. Nagle okazuje się, że ten grzech, ta myśl nie chcą przejść przez gardło, wstydzimy się tego, co zrobiliśmy, jak o kimś myśleliśmy. Jednak to jest prawdziwe uwalnianie się od własnych demonów.

Może nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, ile rzeczy sobie dopowiadamy, jakie niestworzone historie tworzymy w głowie. To rujnuje nasze postrzeganie bliźniego i zmienia sposób traktowania go. Wszyscy szukamy wolności, chcemy czuć lekkość. Prawda jest jednak taka, że najpierw musimy też sami z siebie, bez przymusu przyznać, co z powodu tej naszej wolności zrobiliśmy nie tak. Taka wolność, jeszcze nie doskonała, nie jest w pełni u Boga. O taką dopiero się staramy poprzez niezbyt przyjemny proces duchowego detoksu, albo, jak kto woli (a ja wolę powiedzieć prosto z mostu) – gwałtu na sobie samym. Bo kto o zdrowych zmysłach uniżyłby się do tego stopnia, by wyznać poza spowiedzią swoje grzeszki, sądy? To sprzeczne ze współczesną filozofią tego świata, w której trzeba pokazać się zawsze od jak najlepszej strony i nie dopuścić do zdradzenia jakiejkolwiek słabości czy błędu.

Mówi się, że z prądem płyną tylko śmieci i zdechłe ryby. A społeczne mody świata są właśnie takim prądem. Dopóki nie wyznamy, że nasze wnętrze jest zaśmiecone i nie posegregujemy tych odpadów, oddając je w odpowiednie miejsce, czyli w ręce Boga, nie będzie recyklingu naszego ducha. Nie będziemy się czuć lekko dopóki wszystko, co ciemne nie wyjdzie na światło i zostanie uzdrowione. Pamiętajmy tylko, by nie otwierać się przed pierwszą lepszą osobą. To ma być ktoś, komu najbardziej ufamy, przed kim najłatwiej nam się otworzyć.

Chrześcijański gwałt na sobie samym
6 (100%) 3 ocen.


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.