Wyobraź sobie, że wchodzisz do kabiny pilotów i na kilkadziesiąt minut przejmujesz stery Boeinga 737. Startujesz, ustalasz kurs, lądujesz. Okazuje się, że to możliwe!

Chyba (prawie) każdemu facetowi marzyło się kiedyś, żeby zostać pilotem. Perspektywa zasiadania na sterami odrzutowego samolotu wyposażonego w niezliczoną ilością podświetlanych przycisków, pokręteł i drążków jest bardzo kusząca. Kokpit już sam w sobie jest ciekawym miejscem i pewnie lecąc gdzieś na wakacje, wchodząc na pokład, kusi cię, żeby chociaż zajrzeć do miejsca, w którym piloci wykonują swoją pracę. Mnie przynajmniej zdarzało się marzyć, żeby kiedyś pilotować taką maszynę. W swobodnej rozmowie przy kawie powiedziałem o tym swojej dziewczynie. Ot tak, po prostu napomknąłem, że to niespełnione marzenie chłopca, który kiedyś wyobrażał sobie, że będzie startował i lądował na wszystkich lotniskach świata. Kilka dni później dostałem od niej voucher na kilkudziesięciominutowy lot na prawdziwym symulatorze lotu! Nie miałem pojęcia, że takie coś istnieje! Kiedy jednak chce się komuś sprawić radość, wszystko jest możliwe.

Zarezerwowaliśmy dogodny termin i o wyznaczonej godzinie pojawiliśmy się na miejscu (niewielki lokal w centrum Poznania). Krótki filmik instruktażowy, na wypadek gdybym nie orientował się, co i jak, kilka podstawowych wskazówek od pilota, który towarzyszy podczas całego lotu i w drogę! Kokpit jest wierną i licencjonowaną kopią kokpitu Boeinga 737. Wszystko jest bardzo realistyczne. Przyciski, wolanty, fotele. Siedząc na miejscu kapitana, naprawdę ma się wrażenie, że pilotuje się ogromny pasażerski samolot. Każdy, kto marzył o skosztowaniu takiej atmosfery, nie będzie rozczarowany. Drugi pilot podpowiada, jakie czynności należy wykonać i pomaga w odnalezieniu się wśród dziesiątek urządzeń i wskaźników. Przez to lot jest przyjemny – możemy w miarę samodzielnie pilotować boeinga, ale mamy też poczucie, że ktoś kontroluje sytuację.

Kilka manewrów w powietrzu, ustalenie kursu i wreszcie najtrudniejsze, czyli podchodzenie do lądowania. Tutaj pomoc drugiego pilota jest niezbędna. Mówi o tym, jaką powinniśmy mieć prędkość, kąt schodzenia oraz kurs. Stery ciągle są jednak w naszych rękach, więc to od nas zależy, czy misja zakończy się sukcesem, czyli bezpiecznym lądowaniem. „Obym chociaż trafił w pas” – śmiałem się do siebie. Okazuje się, że wcale nie jest to takie proste. Jednym okiem patrzy się na przyrządy, drugim z kolei chce się nieco poobserwować, co dzieje się na zewnątrz kokpitu. Mnie się udało – wylądowałem bez większych kłopotów, ale pewnie następnym razem zrobiłbym to lepiej. A myślę, że będzie kolejny raz, bo choć nie jest to tania rozrywka, to jednak, mówiąc pół żartem, pół serio, wysokich lotów.

fot. Gear up

Idealny prezent dla (prawie) każdego faceta
6 (100%) 1 ocen.



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.