Wręczamy podarki na Boże Narodzenie. Jako chrześcijanie ośmielamy się mówić, że to Jezus jest największym darem tego czasu. Tym, którego oczekujemy, który przychodzi, posłany od Boga.

Sięgając po własne doświadczenie misyjne, pyta siebie siostra Ewa, felicjanka, co z tamtych lat pomaga jej dzisiaj w przyjmowaniu Jezusa jako daru. Przypominają się jej dwa takie doznania w Afryce: silnego pragnienia wody oraz wdzięczności ze strony ubogich. To doświadczenie pragnienia i przebywanie z ubogimi do dziś pomagają jej przeżywać Boże Narodzenie.

Mieszkała w miejscach ubogich pod każdym względem, gdzie nie było zwykłej wody pitnej. Człowiek bez wody traci siły, chęć do życia. W momentach silnego pragnienia wysychała ślina, nie chciało się poruszać. Jednego razu siostry wybrały się pieszo, by odwiedzić mieszkańców pobliskiej osady w regionie, gdzie żyją ludzie z koczowniczego plemiona Samburu. Dopadło w drodze silne pragnienie, a miały jeszcze dość długi odcinek drogi do pokonania. Nie zabrały ze sobą wody. Licząc na Opatrzność Bożą, chciały doświadczyć tego, co przeżywają tamci ludzie. Nie było łatwo iść, a później wracać. Wracały drogą dłuższą o siedem kilometrów, w upał, bez wody. Gdy docierały do swojej osady, były tak zmęczone i spragnione, że siostra Ewa zaproponowała kupić jakąś wodę, zanim dojdą do domu. Sprzedawano ją niedaleko w kiosku, przywożąc w butelkach skądś dalej. Była bardzo droga. Powiedziała siostrom, że zasłużyły na wodę. Ponieważ wzięła na drogę jakieś pieniądze, to siostry mogły sobie na to pozwolić. Gdy wróciły siły po napiciu się wody i siostry mogły dotrzeć do domu, to niesamowicie dziękowały Bogu za dar tej wody. Pragnienie wody i jej smak siostra Ewa pamięta do dzisiaj i wiele by dała, żeby tę wodę mogła dostać. Kiedy mówi z Psalmistą „Jak łania pragnie wody ze strumieni, tak dusza moja pragnie Ciebie, Boże!” (Ps 42, 2), to zaraz przypomina to doświadczenie i pyta, czy On jest tym, który tak zaspokaja jej pragnienia jak ten łyk wody.

Kochać to nie tylko przyjmować dar, ale i dawać. Siostra Ewa miała okazję sprawdzić, jak to jest z miłością, w trudnych momentach, kiedy trzeba było na przykład podzielić się wodą. Gdy raz wyruszyła w podróż i wzięła małą butelkę wody, zaraz na początku podeszła kobieta, która pilnowała wielbłądów niedaleko przy drodze. Podeszła i poprosiła o wodę. W drugim przypadku współsiostra podczas spotkania z dziećmi wysłała do niej jedno z nich, które bardzo chciało się napić. Siostra Ewa poszła do zbiornika po pitną wodę, z którego zaczerpnęła już ostatnią szklankę. Nie było pewności, kiedy znowu siostry będą w posiadaniu wody. Jeździły po nią sześćdziesiąt kilometrów, bardzo trudną drogą do pokonania. Siostra Ewa troszkę się zawahała, czy dać tej wody. Dała. Pan Bóg później wynagrodził, ale to nie było tak od razu.

Mogła w Kenii żyć razem z ubogimi i zobaczyła, jak oni są otwarci, jak z radością przyjmują proste dary, choćby kromkę, okazując radosną wdzięczność za wszystko, co się im ofiarowuje. Myślała wtedy o polskich dzieciach i przypominała narzekania niektórych, jak to nie jest łatwo kupić prezent na pierwszą komunię, obdarzyć czymś, co by cieszyło. Tam dzieci cieszyły się wszystkim, cukierkiem, kromką chleba.

Była świadkiem, jak ci ubodzy słuchali bardzo uważnie Dobrej Nowiny, wprost zamieniali się w słuch. Siostrom czy księżom głoszenie różnie wychodziło. Była zdumiona, jak oni nieruchomieli i słuchali. Zauważyła, że jest im łatwo przyjąć Dobrą Nowinę, łatwiej niż nam. Mówiła więc do nich, że są bardzo uprzywilejowani, bo Jezus urodził się w podobnych warunkach jak oni i nie gardzi takimi warunkami. Oni mają chociaż te swoje szałasy, maniaty, a Jezus urodził się w cudzej grocie. On przychodzi do wszystkich, by każdy miał do Niego dostęp. Gdy przygotowała grotę bożonarodzeniową, brakowało drzwi. W końcu pomyślała, że przecież nie trzeba drzwi, bo Jezus w grocie nie miał i oni nie mają. Niech będzie grota bez drzwi, żeby mógł przyjść każdy ubogi, żeby dostając się do Jezusa nie musiał pukać do drzwi. W takich skromnych warunkach każdy czuł się dobrze, nawet najuboższy, każdy bez skrępowania mógł zobaczyć Jezusa. Gdy wyjeżdżała z tamtej misji, to dziękowała tamtym ludziom za to, że pozwolili jej doświadczyć ich ubóstwa.

Oni niesamowicie wyrażają wdzięczność Bogu za dar nowego życia. Siostra nie zgłębiała aż tak bardzo tej całej ich tradycji, ale była świadkiem, jak cieszą się, gdy rodzi się nowe dziecko. Kobiety, zwłaszcza starsze, zachowywały się bardzo głośno, wprost krzyczały, wyrażając okrzykami radość z tego, że narodziło się nowe dziecko. Tak samo radowano się w noc wigilijną, podczas pasterki, gdy ogłaszano w liturgii, że Jezus się narodził. Kobiety i mężczyźni okazywali radość przez głośne okrzyki. Ostatnie lata na misjach siostra spędziła w takim ośrodku zdrowia, gdzie była sala porodowa. Towarzyszyła i pomagała matkom przy rozwiązaniu. Widziała, jak trudno było przed porodem i jak szybko zapominały o tych przeżyciach po narodzeniu się dziecka. Po tym, jak pierwszy raz asystowała przy porodzie, zadzwoniła do mojej mamy i podziękowała jej, że ją urodziła. Zobaczyła, jak wielka miłość jest przekazywana dzieciom. W Kenii rodzi się dużo dzieci. Nie zawsze te porody są tak proste, jak by się wydawało. Z miłości można przeżyć wszystko.

Jan Ewangelista napisał prolog do swojej Ewangelii prostym, ale filozoficznym językiem, adresując go do wykształconych Greków. Wolno pomyśleć, że ci prości Kenijczycy napisali swój prolog do Dobrej Nowiny własnym życiem.

Relację opracował o. Leon Nieścior

Oceń ten artykuł


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze