Ksiądz Radek Rakowski jest duszpasterzem akademickim, wikariuszem i katechetą w szkole. Na co dzień jednak prowadzi misję na ósmym kontynencie – w Internecie. 

Jakie jest zadanie mediów społecznościowych we współczesnym świecie? 

To jest tak, że jak patrzę na uczniów w szkole, to oni w ogóle nie wiedzą, jaka jest następna lekcja, tylko jak się kończą zajęcia to pytają: „gdzie teraz mamy?”, „co teraz mamy?”, „w jakiej sali?”. Oni tego nie wiedzą, nie patrzą z jakąś dalszą perspektywą na wszystko, co ich otacza. Żyjemy w dobie natłoku informacji. Więc Facebook to przede wszystkim przypominajka. Ludzie siedzą w sieci cały czas – i nagle wyskakuje im taka propozycja rekolekcji na przykład. I ktoś sobie wtedy myśli „może na to pójdę, dlaczego nie?”. Gdybym raz powiedział komuś, że w niedziele coś się będzie działo, to w życiu tego nie zapamięta, bo tyle rzeczy się do tego czasu zdąży wydarzyć. To jest właśnie siła mediów.

Czyste przypomnienie? 

Nie tylko. To okno, które pokazuje, jak wygląda życie innych ludzi, ale także jak wygląda życia Kościoła albo jak może wyglądać życie księdza. Mam na Facebooku wielu „znajomych”, którzy nie chodzą do kościoła, są często niewierzący, w ogóle nie wiedzą, czym się zajmują księża. Po to właśnie wrzucam tyle tych zdjęć i informacji, żeby widzieli, czym Kościół żyje, jak wygląda „od środka”. I oni obserwują i widzą, że księża nie są tylko od odprawiania Mszy św., ale robią wiele innych rzeczy.

Dzięki mediom społecznościowym zauważyłam właśnie, że duszpasterstwo akademickie, którym ksiądz się opiekuje, trochę odżyło. To przez księdza? 

To przez ludzi. Ja sam niewiele mogłem zdziałać, ale to kwestia tego, że ci ludzie tutaj przychodzą i to oni kształtują tutaj wszystko. I oni sami chcą to wszystko robić. Owszem, ja mogą to ciągnąć, robić z siebie pajaca, żeby ludzie przychodzili. Ale najważniejsze jest to, że ludzie sami chcą tutaj pobyć, sami chcą się modlić, rozmawiać i spotykać się ze sobą. To jest najpiękniejsza rzecz. Duszpasterstwo akademickie nie polega na tym, że ja przyjdę i powiem komuś: teraz budujemy ołtarz na Boże Ciało albo teraz będziemy robić nowennę. Nie. To coś więcej. To środowisko ludzi, którzy żyją w tym świecie a jednocześnie chcą się nawzajem umacniać we wierze.

Fot. archiwum prywatne

Ale jednak coś księdzu udało się zbudować.

Ja wchodzę w to, co inni księża robili tutaj przede mną. Przyjście do nowej parafii zawsze odświeża, bo widzi się wszystko zupełnie inaczej. Ale to trwa bardzo krótko, bo szybko można się do tego przyzwyczaić. Właśnie po to, po tych pięciu latach, przyjdzie tutaj nowy ksiądz. Dlatego też staram się to teraz wykorzystać, żeby coś zmienić. I to działa. Pojawiają się nagle nowi ludzie, nowe pomysły na wspólne działanie. Studenci zresztą też się zmieniają, przychodzą tutaj na czas studiów, a więc na mniej więcej trzy lata. Nie budujemy zatem niczego trwałego, na tysiąc lat. My robimy coś teraz, w tej chwili, co teraz jest nam potrzebne. Nie wiem co będziemy robili za tydzień (śmiech).

Gdy odszedł ksiądz z parafii na poznańskich Jeżycach, „Gazeta Wyborcza” pisała, że teraz będą tam puste ławki. Czy wspólnota parafialna może działać bez takiego „lidera”? 

Duch wspólnoty buduje się bardzo długo, ksiądz nie zdąży go stworzyć w ciągu pięciu lat. Tutaj sytuacja wygląda tak, że przychodzą grupy przyjaciół, którzy znały się już wcześniej, i to oni tworzą wspólnotę. Czasami udaje się zrobić tak, że te osobne grupy przyjaciół zaczynają ze sobą rozmawiać. Ale żeby powstała wspólnota, potrzeba o wiele więcej czasu. Dlaczego? Ci ludzie muszą najpierw uwierzyć, że są w stanie siebie kochać i dla siebie się poświęcać. Jeśli człowiek jest tylko kilka lat na parafii, to nie jest w stanie tego zrobić, może być tylko w roli takiego tymczasowego lidera, który tę wspólnotę zaczyna tworzyć. I wtedy ci ludzie albo to pociągną, albo to zostawią. Jeśli się nie udaje, nie można robić z tego tragedii. Ważniejsze jest środowisko, w którym ludzie mogą działać w danej chwili i dzielić się tym, co aktualnie przeżywają, zanim zbudują coś trwalszego. Ja nigdy nie chciałem budować czegoś na zawsze. Dzisiaj świat się tak zmienia, że wszystko naokoło nas musi się zmieniać.

Jaki w takim razie powinien być ksiądz? Dzisiaj są ich dwa rodzaje: tacy, którzy się nie ujawniają i tacy, o których wszędzie głośno.

Jedni i drudzy są super (śmiech). Każdy robi to, w czym czuje się najlepiej. Gdy jestem w łączności z Panem Jezusem, to znaczy mam świadomość, że On mnie kocha, to wiem, że do czegoś mnie powołuje. I mogę odczytać to tak, że jestem cichym spowiednikiem w konfesjonale i prowadzę ludzi duchowo. I jestem szczęśliwy, bo to Jego wola. A mogę odczytać to tak, że jestem rekolekcjonistą, który jeździ po całej Polsce, i dobrze czuje się w tym, że głosi rekolekcje. Znowu inni są proboszczami czy kapłanami-urzędnikami pracującymi w Kurii. A są też tacy, którzy są w mediach, piszą książki czy publikują różne rzeczy na Facebooku. I oni też wierzą, że w ten sposób można innym mówić o Bogu. Tutaj nie chodzi o to, by porównywać się z innymi – tylko trzeba ciągle pytać: „co ja mam Panie Boże ze swoim życiem robić?” i „w jakiej formie Panie Boże Ty mnie do tego powołujesz?”.

Fot. archiwum prywatne

Ludzie dzisiaj bardziej potrzebują Boga?

Myślę, że ludzie wciąż tak samo Go potrzebują. Tylko jest teraz taki czas, kiedy bardziej niż kiedykolwiek mamy możliwość, by to robić swoją świadomością, wiedzą czy sercem. Ludzie nie są niewolnikami wiary, tylko chcą wiedzieć, co robić w danych sytuacjach, jak postępować, jak żyć. I tutaj chodzi przede wszystkim o wolność w wierze. A ludzie tej wiary dzisiaj szukają, na różne nowe formy.

Więc również księża muszą robić więcej?

To zależy, ile kto ma sił. Trzeba cały czas odkrywać nowy język Ewangelii. My się uczymy Ewangelii starym językiem, a ją trzeba wciąż przekuwać na nowy język, żeby ludzie rozumieli, o czym my w ogóle mówimy. Jeśli Ewangelią chcemy żyć na co dzień, to ona musi być osadzona w codzienności. Słysząc jakąś sytuację na ulicy, można równie dobrze słyszeć Ewangelię. To nie może być tak, że ja słucham Ewangelii w kościele, ale jak z niego wychodzę, to zaczynam mówić swoim zwykłym językiem, który jest bez Boga. Wiara ma być totalna. Ona musi dotyczyć każdego aspektu mojego życia. Muszę robić wszystko – ze względu na Jezusa. Dopiero wtedy człowiek może być szczęśliwy.

Co w takim razie jest dzisiaj najważniejszą misją kapłanów?

Kapłan musi być podobny do Jezusa. Jeśli ksiądz jedzie na jakąś misję, to on nie jest przedstawicielem jakiejś wspólnoty czy Kościoła. On jedzie na misje, ponieważ odkrył w swoim życiu Jezusa, bez względu na warunki. Czy to jest wojna czy nie, czy to Madagaskar czy Grenlandia. I on powinien mieć tak samo Jezusa na względzie, powinien mieć stałość w sercu. Nie da się żyć, gdy prawdziwej wiary nie ma się w sercu, gdy ktoś opiera się na swojej sytuacji czy ludziach. Oczywiście, trzeba się dostosowywać do warunków, ale trzeba wszystko oprzeć na Jezusie. I to jest najważniejsza misja.

Ludzie wciąż tak samo potrzebują Boga [WYWIAD]
6 (100%) 8 ocen.



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze