Ojciec Joe przywraca nadzieję niechcianym dzieciom w Tajlandii.  Znajduje je wszędzie, a niektóre nawet same do niego przychodzą.

Jest wczesny niedzielny poranek. Zapach świeżo palonej kawy rozchodzi się po okolicy, skutecznie wabiąc przechodniów. Po jednej stronie ulicy stoi kobieta z małym straganem pełnym soczystych ananasów. Tuż obok niej sędziwy mężczyzna smaży kokosowe placki na rozgrzanej ogniem płycie. Za nimi kolejne stoiska wypełnione smakołykami. Naprzeciwko ulicznych restauracji piętrzą się, jeden na drugim, sklepy największych światowych marek. Eleganckie szklane wieżowce sięgają chmur, a tropikalne palmy zdobią miasto swym pięknem. Tuż za rogiem dostrzec można wąską uliczkę, na której nikogo nie ma. na jej końcu widać dwa słupy, do których przymocowano blaszaną tablicę z napisem: „Witajcie w tajskich slumsach”. Tuż za nią znajduje się świat, którego wielu nie rozumie. Tu spotkać można czyste serca, które odnajdują radość i piękno w posłudze najbiedniejszym. Jedno z nich należy do ojca Josepha Maiera.
 
Oni mnie przyjęli
„Nikt do nich nie przychodził. Nikogo nie interesował los tych najuboższych. Wszyscy ich zostawili samym sobie: chorych, cierpiących, samotnych. a ja poczułem, że chcę być częścią ich świata” – mówi ojciec Joe, amerykański redemptorysta, który od 40 lat posługuje na przedmieściach Bangkoku. „Bycie wśród biednych jest dla mnie wielkim zaszczytem. Tak wielkim, że nie mogę tego wyrazić słowami. oni mnie zaakceptowali. Po prostu. Nieudolnego księdza, który początkowo kaleczył ich język i uczył się ich zrozumieć. Ja rzeczywiście chciałem być pośród nich, a oni mnie
zwyczajnie do siebie przyjęli” – przyznaje z wyraźnym wzruszeniem. Ks. Joseph Maier, znany wszystkim raczej jako ojciec Joe, po raz pierwszy  zetknął się z problemem biedy w Azji Południowo-Wschodniej w 1967 r. Wtedy to wyjechał do Tajlandii, by pełnić posługę w małej parafii w północnej części kraju. Pomagał również ludziom na północy Laosu, a także katolickim plemionom, które dzięki wcześniejszej pracy misjonarzy pielęgnowały wiarę. Wojna domowa w Laosie zmusiła ojca Joe do powrotu na przedmieścia Bangkoku, gdzie został duszpasterzem ubogiej społeczności katolickiej. Ich parafia znajdowała się w starej rzeźni, a warunki życia pozostawiały wiele do
życzenia.
 
Nie zostawiamy ich samych
Blaszane getta w Tajlandii są domem dla biednych, chorych na AIDS, osób z przeszłością kryminalną, samotnych matek, a także sierot, które padły ofiarami handlu ludźmi i seksturystyki. Mimo skrajnego ubóstwa, każdego dnia dzieją się tutaj małe cuda. Sercem slumsów w dzielnicy Khlong Toey jest Centrum Miłosierdzia otwarte na każdego człowieka w potrzebie. Zwłaszcza na dzieci, które według amerykańskiego misjonarza zasługują na to, by poznać miłość oraz radość życia. „Dzieci są najważniejsze – podkreśla ojciec Joe – nie odmawiamy pomocy żadnemu, które puka do naszych drzwi. Chcemy zapewnić im wszystkim edukację. Wszystkim, bez wyjątku. Przecież to anioły je do nas przysyłają”. Joseph Maier wierzy, że najlepsze, co można zrobić, to zwyczajnie uczyć najmłodszych bycia dobrym człowiekiem. Pragnie również, by odkrywały talenty, by mogły sobie służyć wzajemnie pomocą. Ważnym elementem wychowawczym Centrum Miłosierdzia jest system oparty na nauce Janusza Korczaka, który jest pedagogicznym przewodnikiem o. Joe. „On nie odwracał się od żadnego dziecka – wspomina o. Joseph Maier CSsR, wskazując palcem na portret polskiego pedagoga – dla niego każdy mały człowiek, którego nikt nie chciał, był darem Boga. Wielkim wyróżnieniem. To niesamowite uczucie, kiedy to właśnie ty masz być drogowskazem dla tych najsłabszych”.
 
Dobrzy ludzie
Ojciec Joe wraz z prężnym zespołem wolontariuszy Centrum Miłosierdzia starają się ze wszystkich sił, by dzieci, które do nich trafiają, w niczym nie czuły się gorsze od tych, które żyją poza ich zamkniętym światem. Wśród rozpadających się slumsów wszyscy troskliwe o siebie dbają, mając na względzie dobro bliźniego. Tu nikt nikomu nie zazdrości, ponieważ nikt nic nie ma. Tworzą się rodzinne więzi, a dzięki pomocy wolontariuszy wielu odnajduje nadzieję na lepsze jutro oraz poczucie bezpieczeństwa. „Jednym z cudów jest to, że Bóg stale przysyła do nas dobrych ludzi. Często nie wiemy, kim są, ani skąd przybywają, ale poniekąd stają się częścią naszej pięknej historii. To niesamowite, jak Pan wydobywa z ludzi bezinteresowność” – mówi z zachwytem o. Joe.
 
To są nasze gwiazdy
Z każdego pomieszczenia Centrum Miłosierdzia słychać radosny krzyk najmłodszych podopiecznych ośrodka. Część z tych dzieci została znaleziona na ulicy, rodzice innych trafili do więzienia za handel narkotykami. Są w końcu i te, które noszą śmiercionośny wirus HIV. „To są nasze największe gwiazdy – wyjaśnia z dumą ks. Joseph Maier – nie ukrywamy przed nimi faktu, że są chore, ale dajemy jasno do zrozumienia, że w ich życie wpisany jest głębszy sens. Proszę zobaczyć,jakim szczęściem wypełnione są oczy dziecka, które czuje się kochane. Największym lekarstwem jest miłość. Choć muszę powiedzieć, że zdarzają się i zabawne sytuacje, kiedy zdrowe dzieci proszą o tabletki przeznaczone dla tych chorych. Dzieci dotknięte AIDS czują się tak wyjątkowe, że inne aż chcą je naśladować”.
 
To już cała sieć
Mimo trudnych początków i wyzwań, z jakimi trzeba było się zmierzyć, dziś Centrum Miłosierdzia składa się z trzydziestu dwóch przedszkoli, sierocińców, ochronek dla dzieci ulicy oraz dziewczynek narażonych na porwania, centrum medycznego, szkoły im. Janusza Korczaka oraz domu dla wszystkich odrzuconych przez społeczeństwo.
Ojciec Joe wspomina, że jego fundacja jako pierwsza w Bangkoku zaczęła prowadzić darmowe hospicjum „Most nadziei” dla dzieci i dorosłych, którzy wymagali szczególnej opieki. „Dzięki łasce Bożej mogliśmy je zamknąć parę lat później ze względu na uruchomienie rządowego projektu, który finansuje teraz leki dla chorych na AIDS” – dodaje z ulgą misjonarz tajskich slumsów.
 
Być ze sobą
Msza św. dla dzieci celebrowana jest w każdą sobotę. do małej kaplicy przychodzą wszyscy najmłodsi, którzy znajdują swe schronienie pod dachem  sierocińca. „To najlepsza okazja, by po prostu pobyć ze sobą i wzajemnie siebie wysłuchać – zaczyna o. Joe. Liturgia wygląda tu trochę inaczej. W Tajlandii nie mogę narzucać swej wiary innym. Muszę i chcę okazywać szacunek każdemu człowiekowi, który pojawia się na mej drodze. Podczas Mszy św. zamiast kazania mamy czas na rozmowę. Dzieci opowiadają o swoich lękach, o tym, co je boli, ale również o marzeniach, które noszą w swych małych sercach. Modlimy się też wspólnie we wszystkich intencjach wypowiedzianych na głos”. Pytany, dlaczego wybrał życie pośród odrzuconych przez społeczeństwo, ojciec Joe mówi: „Wydaje mi się, że gdyby Jezus tu był, skierowałby swe święte stopy w to samo miejsce. Oni mnie zaakceptowali, a nie musieli. Myślę, że na tym właśnie polega droga do świętości. „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40).
 
Korczak w Bangkoku – rozmowa z Josephem Maierem CSsR z Tajlandii
3 (50%) 1 ocen.


źródło: Anna Świtalska 

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.