Miłość sprawia, że twoja dusza wypełza z kryjówki – ten cytat z filmu zapadł mi najbardziej w pamięć. Jednocześnie dobrze oddaje główny temat tego obrazu. „Old Fashioned” mówi o miłości, która pozwala przezwyciężyć nasze największe słabości i wątpliwości.  

Film zaczyna się bardzo ciekawie, jeśli chodzi o formę. Widz może pomyśleć, że ogląda obraz, który powstał jeszcze na początku historii kinematografii. Później przenosimy się jednak w czasy współczesne, ale za sprawą zamiłowania obu głównych bohaterów do tytułowego staromodnego (w jednym przypadku życia, w drugim wystroju i umeblowania) możemy cały czas poczuć się jak w latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych. Klimatu dopełnia mała amerykańska mieścina, do której trafia Amber (Elizabeth Roberts). Po rozstaniu z chłopakiem spakowała wszystko, co miała, do samochodu i wyruszyła przed siebie. Na siedzeniu pasażera towarzyszy jej niezmiernie sympatyczny kot. W końcu paliwo się kończy, a samochód staje właśnie tuż przy sklepie z szyldem „Old Fashioned”. Trochę to przewidywalne i niestety cały film taki jest. Drugą jego wadą jest zbytnia tkliwość, niekiedy zatrącająca o tandetę. Ta próba wywołania wzruszenia u widza kończyła się czasami odgłosem rozbawienia w sali kinowej. Nie zraziło mnie to na tyle, by powiedzieć: „film nie jest wart obejrzenia”. Jest! Nawet jeśli forma czasami może zostawiać trochę do życzenia (przynajmniej mi, nieprofesjonalnemu krytykowi) to sama treść jest ważna i mocna.  

Twarde zasady kontra cały świat 

„Old Fashioned” to w gruncie rzeczy film religijny. Nie opowiada jednak o dogmatach, życiu Kościoła czy jego instytucji. To film o życiu. I tu tkwi jego siła. „Staromodność” w wydaniu Claya (Rik Swartzwelder), faceta, którego poznaje Amber, to przywiązanie do zasad, które w dzisiejszym świecie mogą wydawać się przestarzałe. On sam nie przebywa w jednym pomieszczeniu z kobietą, która nie jest jego żoną. A że żony nie miał i nadal nie ma, to ta zasada dotyczy wszystkich kobiet. Tak więc przychodząc naprawić coś w mieszkaniu, w którym mieszka Amber, prosi ją, by wyszła za drzwi. Ona się z tego śmieje i zaczyna go podrywać.  

Całej historii ich znajomości, która przeradza się w coś większego (choć nie bez bólu) nie będę opowiadać. To wątek, który wciąga, bawi, zastanawia. Co jednak ważne odnotowania: ich historia to nie tylko historia podrywu, zakochania się, budowania relacji i związku. Cały czas w tle jest bowiem ich własna przeszłość, a szczególnie Claya. Jak się bowiem okazuje, jego obecne życie i zasady, którymi się kieruje to próba stworzenia siebie na nowo. Kiedyś nie stronił od kobiet, sam przyznaje, że nie pamięta, ile ich miał. Był nawet producentem filmów pornograficznych i co chwilę na tym tle dochodzi do konfliktu między nim a jego dawnym kumplem. Jego przyjaciel z dawnych lat nadal prowadzi tamten tryb życia i Claya irytuje to, że próbuje w to wciągnąć innych, nawet Amber.  

Sam Clay ma jednak bardzo twarde podejście do sposobu zawierania nowych znajomości. Gardzi randkami. Uważa, że nie uczą bycia dobrymi mężami/żonami w przyszłości. Amber z kolei uważa, że miło być poderwaną w klubie, zaczepioną uśmiechem, nawet jeśli ma to trwać tylko jedną noc. Amber pyta Claya: – Jak poznasz, czy ta kobieta jest tą jedyną, jeśli nie będzie seksu albo chociaż „buzi – buzi”? – On odpowiada, że randki czy przelotny seks uczą nas powierzchowności. Każdy stara się być wtedy innym niż na co dzień jest. – Najpierw miłość, potem cała reszta – mówi Clay.  

Ciotka radzi  

Jednak i ta – można by powiedzieć – jakże czysta teoria jest poddana próbie. I to nie przez byle kogo: przez wiekową już ciotkę. Pewnego dnia – w czasie, gdy między Amber i Clayem dochodzi do nieporozumienia – ciotka wykłada mu swoje credo. I chociaż w podstawach nie różni się od zasad Claya, to jednak życiowe doświadczenie staruszki pozwala mu przejrzeć na oczy. Daje mu ona cenną radę: że miłość nie musi być idealna, by była cenna. Clay szukał idealnej kobiety i idealnej miłości, a każdy człowiek grzeszy, każdy ma wady. Miłość, którą będzie darzyć inną osobę, też będzie mieć skazy. Nie można się jednak – radziła ciotka – skupiać na sobie. – Nie możesz odgrodzić się od ludzi, by cię nie zranili. Tak na pewno nie staniesz się świętym – mówiła do Claya. Przeszłość (nawet najbardziej bolesna czy wstydliwa) nie może być wymówką, by nie spróbować lepszego i wartościowszego życia. 

„Old Fashioned” to opowieść o zmaganiu się z samym sobą i z przeszłością. I jednocześnie to wskazówka, by z przeszłości wyciągnąć wnioski, przyszłość oddać w Jego ręce, a tu i teraz Mu się zawierzyć i działać. Nie po to Bóg jest tak miłosierny, byśmy jego kolejne szanse marnowali na stronienie od relacji z ludźmi. Jezus wybiera życie. My też powinniśmy! W filmie często pojawia się biblijny cytat: „Stare rzeczy przeminęły, oto wszystko stało się nowe”. Takie rzeczy mogą się wydarzyć tylko dzięki ręce Boga. Warto sprawdzić, co starego zostawili za sobą Amber i Clay i przy okazji pomyśleć, czy i my moglibyśmy w naszym życiu zrobić podobnie. 

Staromodna miłość
6 (100%) 1 ocen.


Tagi

film recenzja

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.