zachód słońca

Z postanowieniami bywa tak, że łatwiej się je podejmuje niż ich dotrzymuje. Czy brakowało mi silnej woli? Czy może źle do tego wszystkiego się zabierałam?

Plany zawsze miałam ambitne. Nie będę robiła tego, tego i jeszcze tego. W końcu w Adwencie jakieś postanowienia trzeba mieć. Może brałam na siebie za dużo, może za ambitnie, faktem jest, że prawie nigdy nie udawało mi się dotrzymać postanowienia. Aż nagle przyszło olśnienie. To były postanowienia dla postanowienia, co z góry skazane jest na klęskę. Potrzeba bowiem czegoś więcej. Moje postanowienie będzie miało sens tylko wówczas, jeśli je ofiaruję w jakiejś intencji. Ona bowiem mobilizuje do tego, by nie upadać, nie poddawać się, nie rezygnować. Intencji też nie brakuje. Za nasze małżeństwo, za dzieci, za tych, którzy gdzieś się w swoim życiu pogubili, za chorych i cierpiących. Lista jest długa. Ale dopiero w tej duchowej perspektywie moje postanowienia czy wyrzeczenia mają głęboki sens. Coś robię nie dla siebie, a dla drugiego. Z czegoś rezygnuję nie dla siebie, ale dla drugiego. Nawet mu o tym nie mówię, nie rozgłaszam na prawo i lewo. To tajemnica mojego serca, o której wie tylko Pan Bóg.

Na adwentowe postanowienia można spojrzeć także z innej perspektywy. Adwent to czas dany nam po to, byśmy się zmienili. Żebym ja się zmieniła, żebym zechciała jeszcze bardziej otworzyć się na drugiego człowieka, i na Boga. Ale jak to? Dlaczego mam się zmieniać, skoro mi ze sobą dobrze, a to inni potrzebują zmiany? Mam w głowie obraz tego, jaki powinien być mój mąż, jakie dzieci, jacy rodzice. Gdyby to były ludziki z modeliny, szybko ulepiłabym je według własnego wyobrażenia. Tylko że to błędne działanie. Jeśli mogę kogoś zmienić, to tym kimś jestem ja. Tylko i wyłącznie. Może mi się to nie podobać, mogę się na to złościć, ale taka jest prawda. Mogę zmienić tylko siebie. I po to został dany mi Adwent: żeby w swoim sercu zrobić porządek i żeby przemyśleć, co mogę zrobić, żeby być lepszą dla innych. Dlatego też u progu Adwentu stawiam sobie pytania. Robię sobie rachunek sumienia dotyczący mojej relacji z najbliższymi i z Panem Bogiem.

Czy mam czas dla Pana Boga? Czy w całym tym zabieganiu, zmęczeniu potrafię znaleźć dla Niego chwilę? Czy chcę się zatrzymać w codziennej gonitwie, by zajrzeć do Pisma Świętego i wzmocnić się słowem od Niego? Czy mam czas wstąpić do kościoła, czy ograniczam się do niedzielnej Mszy św.? Czy mam czas na lekturę duchową, czy znów tracę cenne minuty na przeglądanie Internetu? A przecież wystarczy tak niewiele, dziesięć minut, dziesiątek różańca, poranne uwielbienie i dzień wygląda inaczej.

Czy muszę narzekać, krytykować, zawsze stawiać na swoim, rywalizować? Czy tak powinna wyglądać moja relacja z mężem? Czy mam dla niego czas, czy z nim rozmawiam, czy w naszym małżeństwie jest miejsce na czułość? Co mogę więc zmienić w sobie w ciągu najbliższych dni, żeby nasze małżeństwo było lepsze, a ja żebym była dobrą żoną, za którą mąż tęskni i do której zawsze chce wracać? To ja muszę pracować nad tym. I to siebie muszę zmienić, nie męża.

Czy jestem taką mamą, o jakiej marzą moje dzieci? Czy jest we mnie na tyle dużo łagodności, by wystarczyło jej dla wszystkich? A cierpliwość – czy nie ustępuje ona miejsca irytacji, że coś zostało zrobione nie tak jak ja bym zrobiła? Czy praca za bardzo mnie nie pochłania? Czy nie za dużo we mnie frustracji?

Czy jestem dobrą córką? Dobrą synową? Czy mam czas dla rodziców, czy dzwonię tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebuję? Czy ich niesprawiedliwie nie krytykuję, nie oceniam, nie narzekam na nich? W końcu jaka jest moja relacja z przyjaciółmi, sąsiadami, przypadkowo spotkanymi ludźmi. Uśmiecham się na ich widok czy przemykam chyłkiem, z obawy, że ktoś czegoś ode mnie będzie chciał? A może za bardzo plotkuję, obmawiam?

Rachunek sumienia to pierwszy krok, by stanąć w prawdzie o samej sobie. Prawdzie pewnie bolesnej, bo dotykającej mojej relacji z tymi, których kocham, a których swoją postawą, zachowaniem czy słowami krzywdzę i ranię. Ale także prawdzie oczyszczającej, bo uświadamiającej mi, że mogę coś zmienić, że mogę zacząć działać. Wystarczy tylko odrobina dobrej woli. I decyzja, że robię coś, żeby siebie zmienić. Nie dla siebie, dla innych. Wszystkich swoich negatywnych zachowań pewnie nie zmienię, ale nad niektórymi mogę zacząć pracować. Nie za tydzień, nie za miesiąc, nie za rok. Dzisiaj. Po to, by ten Adwent nie był tylko czasem odliczania dni do Świąt Bożego Narodzenia, tylko czasem realnej przemiany. Mojej przemiany.

Terlikowska: Moja adwentowa przemiana
6 (100%) 5 ocen.


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze
  • Jacek

    O tak, przemiana duchowa , przemiana w sercu to tak naprawdę jedyna prawdziwa przemiana !