53 razy „Zdrowaś Mario”, 53 „Święta Mario”, do tego kilka razy „Ojcze nasz”, „Chwała Ojcu”. Kiedyś, modląc się na różańcu, zastanawiałem się, czy jest w tym większy sens. Przecież to powtarzanie w kółko tego samego, niekiedy kojarzyło mi się to wręcz – wiem, to brzydkie – z odklepywaniem formułek.

Oczywiście to zewnętrzna forma różańca, gdy skupimy się tylko na technice jego odmawiania. Ostatnio stwierdziłem jednak, że to właśnie w tej prostej formie siła. Siła spokoju. I wielka moc. Różańcem można się modlić na wiele sposób. Możesz – Czytelniku – powiedzieć: „No, jak? Przecież to zawsze te same słowa”. Modlitwa niby ta sama, ale przecież okoliczności bywają różne.

Niekiedy bardzo skupiam się na wypowiadanych słowach. Na każdym „Zdrowaś Mario”, mówię wtedy niejako bezpośrednio do Niej. Patrzę wtedy najczęściej w Jej wizerunek w kościele, w kaplicy. Zdarzają się jednak momenty, że jest inaczej, bo różaniec to modlitwa, która może nam towarzyszyć wszędzie. Dlatego jestem do niej tak bardzo ostatnio przywiązany. Modlę się choćby wtedy, gdy moje myśli są zaprzątnięte jakimś problemem, ważną sprawą, którą trudno porzucić, odłożyć na czas modlitwy. I chyba też nie o to w modlitwie chodzi. Oczywiście niedobrze też, gdy w czasie modlitwy (np. na Mszy św. zapominamy o tym, co się podczas niej dzieje, a myślimy o tym, co zostawiliśmy przed kościołem albo co nasz czeka po wyjściu z niego). Tak samo może być przy różańcu. Możemy tylko otwierać usta, a słowa powtarzamy tylko z innymi (gdy modlimy się w grupie). I mnie się czasami tak zdarza, przyznaję. Niekiedy jednak warto modlitwę wykorzystać do „rozpracowania” problemu. Przychodzę z tym problemem na różaniec. Problem kołacze mi się po głowie, ale jednocześnie radzę się Maryi, zapraszam ją do swojego życia i odmawiając różaniec, rozmawiam z Nią.

Miewam dwie sytuacje w życiu, kiedy przychodzą mi do głowy najlepsze pomysły. To bieganie (gdy biegam, często wpadam na to, jak rozwiązać jakiś problem, jaki temat wybrać na artykuł, jak dobrze zaplanować kolejny dzień). Drugą taką sytuacją jest różaniec. Przecież nie musimy odmawiać różańca tylko w kościele: możemy wieczorem w łóżku, możemy w drodze do pracy albo w kolejce w banku. Nie lubię tak zwanych czasowych przestojów dlatego, gdy muszę na coś/kogoś poczekać, mogę ten czas dobrze spożytkować. Na gazetę, książkę, telefon, rozmowę (np. rozmowę przez różaniec). Niekiedy łączę i bieganie i modlitwę. Takie połączenie daje jednocześnie i energię i spokój. Taki idealny miks. I właśnie różaniec pasuje do tego idealnie.


Oczywiście – powiesz, Czytelniku – inne modlitwy też się do tego „nadają”. Możemy chociażby jadąc do pracy, stojąc w urzędzie w długiej kolejce rozmawiać z Bogiem naszymi własnymi słowami (umiejętność takiej modlitwy też jest ważna). Jednak już trochę trudniej w takich momentach wyciągnąć książeczkę do nabożeństwa i odmówić litanię. Nie mówię, że trudniej przez jakąś tremę, po prostu trudniej ze względów logistycznych. O wiele łatwiej w takich sytuacjach powtarzać „Zdrowaś Mario”. I nie chodzi tu o bezmyślnie powtarzanie, a raczej o możliwość modlitwy towarzyszącej. To chyba dobre określenie różańca. Jego jednoczesna prostota i piękno pozwalają „skorzystać” z jego dobrodziejstw niemal w każdej chwili dnia.

Muszę się jednak, Drogi Czytelniku, przed Tobą wytłumaczyć. Przecież na początku wspomniałem, że kiedyś miałem inne podejście do różańca. Na początku roku miałem trochę więcej czasu w moim zabieganym życiu. Zmieniałem pracę, musiałem „ogarnąć” kilka życiowych spraw. I na początku trudno było tak nagle zwolnić. Przejść z życia aktywnego, w ciągłym biegu, w moment przerwy i nie do końca wiadomej przyszłości. Wiele pytań pojawiało się wtedy w głowie, jednocześnie więc wiele niepokoju. Film? Książka? Spotkanie ze znajomymi? Wszystko na swój sposób pomagało, ale nie wystarczało. Wziąłem wtedy do ręki różaniec. Na początku jedna dziesiątka, później kolejna. Na spokojnie, bez pośpiechu. Czasami w ciągu dnia, czasami do snu. Przed podjęciem jakiejś decyzji, po ważnym spotkaniu. Po kilku dniach poczułem spokój. Tak jakby cały czas ktoś przy mnie był. Ktoś, kto wie o moich rozterkach, radościach i niepokojach. Komu mogłem się wygadać i kto po cichu podpowiada dobre rozwiązania. Już nie biegłem z modlitwą czym prędzej do jej końca, już nie przekładam paciorków jak najszybciej. Teraz po prostu rozmawiam. Różaniec to rozmowa.

Skończył się październik, miesiąc szczególnie przeznaczony na tę modlitwę. Jednak ci, którzy wykorzystali ten czas na różaniec, nie muszą przecież z tego rezygnować. Tak samo ci, którzy może w październiku zapomnieli o różańcu, nie muszą się martwić. Różaniec to przecież rozmowa. A trudno nie rozmawiać przez kolejne 11 miesięcy…

Różaniec – dlaczego zmieniłem zdanie
5.37 (89.58%) 8 ocen.


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.