fot. Jan Jeliński

Abp Stanisław Gądecki: co przekaże Synod? Wiarę czy niewiarę? [ROZMOWA]

„Uzasadnione staje się pytanie o relację między Kościołem katolickim a tak rozumianym Kościołem synodalnym: czy w tej propozycji reformy mamy do czynienia z ciągłością czy zerwaniem?” – stwierdził w rozmowie z portalem Catholic World Report (CWR) przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, abp Stanisław Gądecki. Poruszono w niej kwestie niedawno zakończonego Zgromadzenia Ogólnego Synodu Biskupów w Rzymie, a także jego pozytywy i negatywy.

CWR: Ekscelencjo, to już piąty Synod, w którym Ksiądz Arcybiskup uczestniczył. Co zaskoczyło Ekscelencję podczas Zgromadzenia Synodalnego w Rzymie w ubiegłym miesiącu?

Abp Stanisław Gądecki: Proces konsultacji rozpoczęty przez papieża Franciszka na poziomie parafialnym, diecezjalnym, krajowym i wreszcie kontynentalnym był nowym i interesującym doświadczeniem. Do udziału w nim zaproszono wszystkich, niezależnie od ich stosunku do wiary i Kościoła katolickiego. W wyniku takiego podejścia czasami głos „niekatolicki” był bardziej słyszalny niż „katolicki”. Nie na tym jednak polega poszukiwanie woli Bożej. Widzieliśmy szeroką gamę punktów widzenia, z najbardziej ekstremalnymi artykułowanymi w Niemczech, gdzie Synodale Weg (Droga Synodalna – przyp. KAI) przebiegał równolegle do procesu synodalnego.

Różnorodność opinii i balansowanie na granicy ortodoksji było również słyszalne w Rzymie, co częściowo znalazło odzwierciedlenie w dokumencie końcowym. Ponadto nowością była klauzula poufności dla wszystkich dotycząca tego, co wydarzyło się w Auli Synodalnej. W rzeczywistości, z wyjątkiem o. Jamesa Martina SJ, który złamał tę zasadę podczas spotkania z ambasadorami Unii Europejskiej, wszyscy inni jej przestrzegali.

>>> Abp Gądecki: postulaty niemieckiej drogi synodalnej są nie do przyjęcia

Fot. PAP/EPA/VATICAN MEDIA HANDOUT

Synod oferował wiele czasu na modlitwę i medytację. Sporo czasu spędziliśmy w małych grupach, gdzie jednak nie było okazji do autentycznej rozmowy. Wymogiem było „słuchanie rozmówcy bez uprzedzeń” i nie wdawanie się w polemikę. Jest to ciekawe doświadczenie, ale nie służy dialogowi, czyli racjonalnemu poszukiwaniu prawdy, choć w mojej grupie wszyscy byli bardzo sympatyczni. Dodatkowo konkretne zagadnienia były z góry przypisane do każdego stolika, więc bycie przypisanym do konkretnej grupy było równoznaczne z wykluczeniem z rozmowy na inne tematy. Były też sesje plenarne, na których można było zabrać głos. Na wypowiedzi przeznaczono trzy, a następnie dwie minuty. Niektórym uczestnikom udało się zabrać głos trzy lub cztery razy. Ja, co dziwne, nie miałem tyle szczęścia. Zachęcano nas do wysyłania stanowisk do sekretariatu, ale wydaje się, że jak dotąd nikt ich nie przeczytał.

CWR: Czy udział świeckich w Synodzie o Synodalności nadał pracom inny styl?

Abp Gądecki: Udział wiernych świeckich w procesie konsultacji był naturalny. To powszechna praktyka w Kościołach lokalnych.

W przypadku zgromadzenia w Rzymie pojawiło się jednak pytanie o jego charakter. Papież zwołał Synod Biskupów, po czym słowo „biskupi” zostało usunięte z nazwy i pozostał tylko termin „Synod”. Następnie zdano sobie sprawę, że taka rzeczywistość nie istnieje ani w prawie kanonicznym, ani w tradycji Kościoła. Dlatego też „biskupi” zostali przywróceni do nazwy wydarzenia. W dyskusji istnieje jednak rozróżnienie między Synodem Biskupów a zgromadzeniem kościelnym. Wola papieża Franciszka, wyrażona w jego konstytucji apostolskiej Episcopalis Communio, rozszerzyła grono uczestników Synodu o tych, którzy nie mają udziału we władzy biskupiej, ale mimo to mają prawo głosu i głosowania.

Papież Franciszek nazwał zatem Synodem Biskupów instytucję, która różni się od tej znanej z tradycji Kościoła i tej opisanej w Kodeksie Prawa Kanonicznego, co podkreślali przede wszystkim biskupi Kościołów Wschodnich.

fot. PAP/EPA/ANGELO CARCONI

CWR: Synod o synodalności rozpoczął się w 2021 r. od fazy diecezjalnej. Jak wyglądał proces konsultacji synodalnych w Polsce? Jak duże było zainteresowanie nim wśród świeckich?

Abp Gądecki: W całym procesie konsultacji wzięło udział prawdopodobnie mniej niż 1 proc. katolików. Jednocześnie – jak zwykle przy takich inicjatywach, także w środowisku świeckim – byli to ludzie aktywni, w czynach i słowach. Stąd pytanie o reprezentatywność zebranych opinii. Niemniej jednak fakt, że mogliśmy ich poznać, należy uznać za pozytywny. Nie były to głosy, których wcześniej nie słyszeliśmy, ale teraz pozwoliliśmy im wybrzmieć niejako z wnętrza Kościoła katolickiego. Podobna sytuacja miała miejsce w Polsce.

Polskie konsultacje pokazały również, że jednym z najpilniejszych zadań jest poprawa relacji między duchownymi a świeckimi. Miesiąc, który spędziliśmy razem w Watykanie, był okazją, by trochę nad tym popracować. Dla biskupa to także okazja, by karmić się wiarą i przykładem ludzi, którzy mają rodziny, a jednocześnie – nie zaniedbując obowiązków – znajdują czas, by spędzić długie chwile w kaplicy. Czasem dłużej niż przeciętny duchowny. Jednak grupa zaangażowanych nie-biskupów była bardzo zróżnicowana, a sposób, w jaki zostali nominowani, sprawił, że wątpliwe było, czy ich poglądy były reprezentatywne dla danego Kościoła, diecezji lub parafii.

>>> Abp Stanisław Budzik: na każdym etapie synodu rola świeckich jest istotna [ROZMOWA]

Rosnące poczucie współodpowiedzialności świeckich za Kościół i ewangelizację należy powitać z entuzjazmem. Nie jest ono całkowicie nowe, ponieważ bez tego poczucia współodpowiedzialności nie mielibyśmy takich postaci jak święta Katarzyna ze Sieny, święty Tomasz Moore czy błogosławiony Carlo Acutis. Pojawia się jednak pytanie, czy istnieje specyficzne powołanie świeckich i świecka droga do świętości, czy też jedynym modelem jest droga kapłańska, a świeccy mogą wypełniać misję wynikającą z chrztu świętego w takim stopniu, w jakim stają się podobni do kapłanów.

W rozmowie o świeckich widzę potrzebę obrony świeckości świeckich przed próbami ich „klerykalizacji”. Gdyby świeccy w swoim myśleniu o powołaniu skupiali się tylko na kwestiach liturgicznych, wiele obszarów właściwych ich powołaniu, takich jak rodzina czy polityka, zostałoby zaniedbanych.

fot. PAP/EPA/VATICAN MEDIA

CWR: Czego uczestnicy oczekują od Synodu, a jakie są oczekiwania Księdza Arcybiskupa?

Abp Gądecki: To zgromadzenie było wyjątkowe. Proces rozpoczął się już w 2021 r.; wydarzenie zaplanowano na trzy lata. Pod tym względem niektórym może kojarzyć się z Soborem. Ważniejszy jest jednak jego kontekst społeczny i kulturowy. Katolicyzm przeżywa poważny kryzys w Europie Zachodniej, gdzie Kościół jest najbardziej zmodernizowany. W pewnym sensie jest to zjawisko lokalne. Jednak uniwersalność tego Synodu oznacza, że możemy, a czasem musimy, konfrontować się z katolikami z innych części świata, którzy często są zaskoczeni naszymi problemami. Moim zdaniem bardzo ważna jest tu obecność Kościołów wschodnich i – nieco szerzej – Kościołów męczeńskich, czyli z regionów, gdzie trwają lub niedawno zakończyły się prześladowania chrześcijan.

Mamy problemy Kościołów sytych. Główne problemy podnoszone przez Kościoły zachodnie, w tym niemiecką Synodale Weg, to problemy cywilizacji konsumpcyjnej, w której ludzie przyzwyczaili się do tego, że nie muszą sobie niczego odmawiać. Kościołom z krajów rozwijających się często brakuje środków materialnych, ale nie brakuje im wiary i świadectwa życia. Mamy więc spotkanie Kościołów „przesytu” i Kościołów „niedoboru”. Oczywiście, te drugie też mają swoje problemy. Groźba zaprzepaszczenia dorobku dwóch tysiącleci chrześcijaństwa zagląda nam, przedstawicielom Zachodu, w twarz. Tak jak kiedyś Europa dzieliła się swoją wiarą, tak dziś może zacząć dzielić się swoim brakiem wiary, który niszczy Kościoły w innych częściach świata.

Stąd pytanie: czy Synod w całości będzie miejscem przekazywania wiary, czy raczej niewiary? Myślę, że chrześcijanie na Zachodzie często wątpią, że mają do przekazania ludziom coś tak istotnego, że od przyjęcia lub odrzucenia tego zależy ich los, to jest zbawienie lub potępienie. Tak więc, aby uniknąć odrzucenia, starają się ukryć tę część nauczania Jezusa, która może spotkać się ze sprzeciwem i ujawniają tylko to, co jest dzielone ze światem.

CWR: Jakie postulaty były najczęściej prezentowane podczas rzymskiej sesji Synodu?

Abp Gądecki: Synod miał być poświęcony zagadnieniu synodalności, czyli szukaniu rozwiązań, jak ułożyć relacje między różnymi stanami życia w Kościele, takimi jak biskupi, prezbiterzy, zakonnicy i zakonnice oraz świeccy, aby jak najlepiej służyło to dziełu ewangelizacji. Jak wspomniałem, większość świeckich w Polsce uważa to za sprawę najwyższej wagi. Dali też jasno do zrozumienia, że oczekują od Kościoła odkrywania nowych sposobów głoszenia Ewangelii bez kompromisów doktrynalnych, pozostając wiernymi Chrystusowi i Ewangelii.

Jednak w dniu otwarcia Synodu wszyscy otrzymaliśmy pocztą elektroniczną dokumenty niemieckiej Synodale Weg. Prawie wszystkie wymienione tam postulaty budzą moje poważne obawy. Uważam, że Kościół w Niemczech znajduje się w największym kryzysie od czasów Reformacji. Z kolei wysyłkę powyższych dokumentów odczytuję jako próbę rozpowszechnienia niemieckich problemów w całym Kościele. Dokumenty obficie czerpią z teologii protestanckiej i języka współczesnej polityki. Stąd bierze się przekonanie, że Kościół powinien dostosować się do świata poprzez przyjęcie systemu demokratycznego i standardów liberalnej biurokracji. W Niemczech mamy na ogół Kościół z rozbudowaną biurokracją. Z tego wynika chęć ograniczenia władzy biskupów i zamiar zbudowania świeckiej struktury władzy równoległej do hierarchicznej, a także wprowadzenia świeckiego nadzoru nad biskupami.

fot. PAP/EPA/ANGELO CARCONI

CWR: Z wcześniejszych deklaracji wiadomo, że niektóre konferencje biskupów opowiadały się za wprowadzeniem praktyki błogosławienia par homoseksualnych, zniesieniem celibatu kapłańskiego czy wyświęcaniem kobiet do diakonatu (a nawet do kapłaństwa). Jakie jest zdanie Księdza Arcybiskupa na te tematy?

Abp Gądecki: Chrystus jest Zbawicielem wszystkich ludzi, niezależnie od ich pochodzenia, rasy, koloru skóry, orientacji seksualnej, narodowości, płci itd. Dlatego Kościół, co mocno podkreśla papież Franciszek, nie może zamykać drzwi, „bramy miłosierdzia” przed nikim, kto pragnie zbliżyć się do Chrystusa. Jednocześnie warunki prawdziwości tego spotkania z Chrystusem są takie same dla wszystkich, niezależnie od różnic, w tym płci i orientacji seksualnej; zawsze jest to nawrócenie, odwrócenie się od grzechu i przyjęcie stylu życia zgodnego z Ewangelią.

Benedykcja w języku łacińskim (bene-dictio) oznacza nazwanie kogoś dobrym. Benedykcje lub błogosławieństwa związków homoseksualnych oznaczałyby, że Kościół aprobuje styl życia homoseksualnych związków partnerskich (nawet jeśli nie utożsamia ich z małżeństwami), co oznacza również relacje seksualne między parami osób tej samej płci. To, co w tradycji judeochrześcijańskiej zawsze było definiowane jako grzech, teraz stałoby się czymś pozytywnym.

Kościół katolicki rozróżnia skłonności homoseksualne od aktów homoseksualnych. Te pierwsze, choć nieuporządkowane, nie są uważane za grzeszne. Te drugie są grzeszne i, zgodnie ze słowami Katechizmu, „W żadnym wypadku nie będą mogły zostać zaaprobowane” (KKK 2357). Kościół wzywa osoby o skłonnościach homoseksualnych do życia w czystości. Chociaż dana osoba nie może osobiście decydować o swoich skłonnościach, nie odmawia się jej wolności, która pozwala jej żyć zgodnie z własnym świadomym wyborem.

>>> Kard. Grzegorz Ryś: problem polega na tym, że nie chcemy Kościoła, który Jezus powołał do życia

Rozróżnienie między skłonnościami a czynami wynika zarówno z wiary i tradycji Kościoła, jak i z obserwacji, że osoby doświadczające dysforii płciowej, pomimo wewnętrznej różnorodności tej grupy, generalnie podążają dwiema wyraźnie różnymi ścieżkami przez życie, przyjmując dwa różne style życia. Niektórzy, często identyfikujący się z określeniem LGBTQ+, prowadzą życie, które jest wyraźnie sprzeczne z nauczaniem Kościoła, a mimo to często dążą do zmiany tego nauczania. Inni, którzy nie identyfikują się z powyższą nazwą, prowadzą życie w czystości i oczekują, że Kościół umocni ich w tym wyborze poprzez swoje nauczanie. Osoby z tej drugiej grupy nie czują się odrzucone przez katolicką moralność seksualną. Wręcz przeciwnie. Dzięki nauczaniu Kościoła byli w stanie lepiej zrozumieć samych siebie i doświadczyli głębokiego spotkania z Chrystusem poprzez sakramenty. Bolesne jest dla nich to, że w praktyce duszpasterskiej coraz rzadziej spotykają się z nauczaniem Kościoła. Często spotykają się tam z typizacją, która odpowiada językowi ruchu LGBTQ+, ale nie ma nic wspólnego z rzeczywistością ich życia, a nawet ją odrzuca. Osoby te, mimo że starają się żyć w stanie łaski uświęcającej i dążą do świętości, czują się opuszczone przez Kościół, który ignoruje ich potrzebę duchowego przewodnictwa i wsparcia. Atak na nauczanie Kościoła, którym kierują się w życiu, postrzegają jako bezpośredni atak na ich własną wiarę i ich życiowy wybór wierności Chrystusowi. Nie rozumieją, dlaczego Kościół próbuje ich zmarginalizować. Nie tylko czują się osamotnieni, ale są również psychicznie zachwiani przez praktykę opieki duszpasterskiej, która podważa znaczenie czystości i zdolność osoby do życia w czystości. Na przykład przedstawiciele amerykańskiej grupy Courage nie zostali zaproszeni na Synod. Nie zaproszono również tych, których świadectwa zostały opublikowane przez Markusa Hoffmanna w jego książce Weil ich es will. Zamiast nich zaproszono przedstawicieli innych nurtów.

CWR: Co Ksiądz Arcybiskup sądzi o Niemieckiej Drodze Synodalnej, której postulaty zostały zawarte w dokumencie Instrumentum laboris?

Abp Gądecki: Niemcy mocno naciskają na wprowadzenie diakonatu kobiet. Temat ten powraca trzykrotnie w raporcie podsumowującym. Nie przytacza się jednak argumentów teologicznych, ale odwołuje się do zakazu dyskryminacji ze względu na płeć i upodmiotowienie kobiet. Ta argumentacja sugeruje, że nie chodzi tu o diakonat, ale raczej o pozycję kobiet w Kościele. W związku z tym wprowadzenie diakonatu kobiet nie byłoby rozwiązaniem problemu, a jedynie zaogniłoby spór o święcenia kapłańskie kobiet. Z historycznego punktu widzenia diakonat kobiet różnił się od diakonatu mężczyzn. Kobiety były diakonisami ze względu na chrzest kobiet przez zanurzenie. Skromność wymagała, aby mężczyźni nie asystowali przy tym akcie. Diakonisy zostały wprowadzone do Kościoła maronickiego na synodzie w 1736 roku. Jednak praca diakonis (diaconissarum opera) różniła się od posługi diakonów (diaconi officium). Obejmowała ona działalność charytatywną. Zabroniono im między innymi podchodzenia do ołtarza i udzielania Komunii Świętej nawet pod nieobecność diakona. Nie sądzę, by kobiety ubiegające się dziś o święcenia diakonatu były zadowolone z takiej perspektywy. Bez diakonatu wolno im w Kościele znacznie więcej niż maronickim diakonisom.

Papież Franciszek niedawno wyraził to stanowisko, mówiąc, że kobieta „nie ma prawa do zasady Piotrowej, ale do zasady Maryjnej, która jest ważniejsza. (…) Tak więc fakt, że kobieta nie ma dostępu do życia ministerialnego, nie jest pozbawieniem, ponieważ jej miejsce jest o wiele ważniejsze. W naszej katechezie popełniamy błąd w wyjaśnianiu tych rzeczy i ostatecznie wracamy do kryterium administracyjnego, które na dłuższą metę nie działa”.

fot. PAP/EPA/VATICAN MEDIA HANDOUT

Drugim tematem jest kwestia celibatu kapłańskiego. W raporcie czytamy, że na ten temat wyrażono „różne oceny”. Jeśli chodzi o celibat, musimy być świadomi, że ci, którzy mówią o „dobrowolności” celibatu, w rzeczywistości opowiadają się za jego zniesieniem. Celibat jest jednym z najważniejszych znaków, że ktoś naprawdę wierzy w prawdziwość Boga. To prawdziwy skarb naszego Kościoła. Być może dlatego starożytni pisarze chrześcijańscy nazywali celibat „białym męczeństwem”. Celibat, podobnie jak męczeństwo, jest dobitnym znakiem wiary w absolutny prymat Boga w życiu. Życie w celibacie jest wyraźnym znakiem, że Bóg jest drogocenną perłą – jedynym. Jedynym, bez którego nie można żyć. Prawdziwym i ostatecznym kalectwem w życiu nie jest celibat, ale bezbożność, życie bez Boga, a-teizm. Bóg jest wszystkim, czego potrzebujemy. Radykalizm rezygnacji z najpiękniejszej formy ludzkiej miłości – małżeństwa i rodziny – jest znakiem, że Bóg jest absolutną koniecznością dla nas wszystkich, aby wypełnić ludzkie przeznaczenie. Kto ma ukazywać tę prawdę, jeśli nie duszpasterze wspólnoty? Fakt, że w ostatnich latach niektórzy księża wywoływali skandale, utrudnia niektórym zrozumienie wielkości i znaczenia życia w celibacie. Nie jest to jednak wystarczający powód, by Kościół porzucił kapłański celibat. Mimo to młodzi ludzie na całym świecie hojnie podejmują to zobowiązanie. Tysiące księży postrzega samego Chrystusa, arcykapłana, który nie założył rodziny, jako wzór dla ich służby innym.

Chociaż słowo „włączenie” było często powtarzane w auli synodalnej, niewiele osób zastanawia się, co ono oznacza. Tymczasem termin ten, zanim dotarł do auli synodalnej, został jasno zdefiniowany w języku świeckiej polityki. Nie powinniśmy kojarzyć go jedynie ze świętami „all-inclusive”, ale również z Międzynarodową Federacją Planned Parenthood (pl. planowanego rodzicielstwa – przyp. KAI) i agendą ONZ ds. kobiet. Dokumenty tych instytucji jednoznacznie podważają binarny podział płci i uznają wszystkie formy wyrażania płciowości za równoważne. Dotyczą one również zniesienia lub poluzowania istniejących kryteriów przystąpienia do różnych grup, w tym Kościoła. Kiedy Kościół luterański był Kościołem państwowym w Szwecji, ateista zażądał przyjęcia do wspólnoty kościelnej bez chrztu. Wygrał sprawę w sądzie, który orzekł, że wymaganie chrztu jest dyskryminacją.

Powstaje pytanie: Czy nauczanie Pana Jezusa było inkluzywne czy wykluczające? Jezus pozostawił uczniom jasne przesłanie: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu… (Mt 28,19). Czynił dobro i umarł na krzyżu za wszystkich, także za największych grzeszników, ale został ukrzyżowany między innymi dlatego, że postawił sprawę jasno, powiedział prawdę, także tę niewygodną dla słuchaczy. „Wy macie diabła za ojca” (J 8,44) – to nie były przypadkowe słowa. Radykalne włączenie nie było Jego najwyższym priorytetem, co widać, gdy wielu uczniów odeszło po Jego mowie o Chlebie Życia (6, 66). Wierzący w Chrystusa nie posyłają nikogo do piekła. Modlą się o zbawienie każdego, co nie oznacza, że bagatelizują ludzkie postawy, wybory i działania. Dlatego św. Paweł nakazuje chrześcijanom w Koryncie wykluczenie ze wspólnoty osoby dopuszczającej się kazirodztwa, stwierdzając: „wydajcie takiego szatanowi na zatracenie ciała, lecz ku ratunkowi jego ducha w dzień Pana Jezusa” (1 Kor 5,5). Następnie dodaje, żeby „nie przestawali z takim” (1 Kor 5,11). Z pewnością Ewangelia Jezusa została zaoferowana wszystkim, mężczyznom i kobietom, Żydom i poganom. Jednak zaproszenie Pana Jezusa nie oznaczało, że każdy jest mile widziany na własnych warunkach. Zawierało ono wezwanie do nawrócenia i pokuty.

Słowo „inkluzywność” zdecydowanie nie pasuje do teologii chrześcijańskiej. Przychodzi do nas z nauk społecznych. I tu pojawia się problem. Kościół wyznaje dogmat o nieomylności papieża. Jednocześnie można odnieść wrażenie, że część teologów i biskupów wierzy w nieomylność nauk społecznych, i to nawet nie nauk ścisłych, ale niektórych socjologów i teorii głównego nurtu, o których za kilkadziesiąt lat będzie się tylko wspominać w podręcznikach historii.

Wydaje mi się, że zdania takie jak „wypracowane przez nas kategorie antropologiczne nie są wystarczające do uchwycenia złożoności elementów wynikających z doświadczenia czy wiedzy naukowej” wynikają albo z nieuświadomionego kompleksu niższości, albo z zabobonnego podejścia do nauki. Zdanie to stoi w sprzeczności z przekonaniem wyrażonym chociażby w Redemptor hominis (nr 10): „Człowiek, który chce zrozumieć siebie do końca — nie wedle jakichś tylko doraźnych, częściowych, czasem powierzchownych, a nawet pozornych kryteriów i miar swojej własnej istoty — musi ze swoim niepokojem, niepewnością, a także słabością i grzesznością, ze swoim życiem i śmiercią, przybliżyć się do Chrystusa. Musi niejako w Niego wejść z sobą samym, musi sobie „przyswoić”, zasymilować całą rzeczywistość Wcielenia i Odkupienia, aby siebie odnaleźć. Jeśli dokona się w człowieku ów dogłębny proces, wówczas owocuje on nie tylko uwielbieniem Boga, ale także głębokim zdumieniem nad sobą samym” (n. 10).

Wydaje się, że dubia były przede wszystkim reakcją na postulaty Synodale Weg, które wcześniej były wielokrotnie krytykowane przez Watykan. Myślę, że ich podstawowe znaczenie sprowadza się do wątpliwości co do sposobu wprowadzania zmian w nauczaniu Kościoła. Z jednej strony mamy deklaracje, że nic się nie zmienia, więc znaczenie nauczania poprzednich papieży nie jest kwestionowane. Z drugiej strony mamy pewne niedopowiedzenia ze strony papieża Franciszka, które bywają różnie interpretowane przez różnych teologów i biskupów. Mówi się więc, że papież czegoś chce, choć nigdzie nie jest to jasno wyartykułowane ani – co bardzo ważne dla oficjalnego nauczania Kościoła – uzasadnione w świetle Tradycji. To z kolei prowadzi do sytuacji, o której Pan wspomniał, że związki osób tej samej płci są błogosławione w Belgii, choć papież nigdy oficjalnie na to nie zezwolił. Wierni potrzebują jasności w kwestiach wiary i moralności. Chodzi o to, by papież jasno wyrażał swoje stanowisko, a nie „mrugał okiem” do tych z lewej czy prawej strony.

Dlaczego warto zajmować się dokumentami Synodale Weg? W jednej ze swoich wypowiedzi bp Georg Bätzing powiedział, że udało mu się uwzględnić wszystkie niemieckie postulaty w projekcie dokumentu końcowego Synodu. Istnieje więc ryzyko, że ojcowie synodalni, głosując nad dokumentem końcowym w przyszłym roku, w rzeczywistości zatwierdzą postulaty Synodale Weg, choć w nieco innym brzmieniu.

Uzasadnione staje się pytanie o relację między Kościołem katolickim a tak rozumianym Kościołem synodalnym: czy w tej propozycji reformy mamy do czynienia z ciągłością czy zerwaniem? Synod na tym etapie nie przyjął żadnego dokumentu podsumowującego obrady, ale stanie się to w przyszłym roku, po dłuższej i pogłębionej refleksji, w sposób w pełni świadomy. Zadaniem Synodu było ożywienie charyzmatu ewangelizacji zarówno wśród świeckich, jak i duchowieństwa. Dowartościowanie świeckich w Kościele ma kluczowe znaczenie, ale nie może prowadzić do zniszczenia hierarchicznej i apostolskiej struktury Kościoła.

John Henry Newman, który był wdzięczny, że pomimo wielu burzliwych wydarzeń światło wiary dotarło do jego pokolenia nieskażone, stwierdza, że czasami w historii pochodnia prawdziwej wiary była niesiona tylko przez jednego człowieka, ponieważ wszyscy inni zbłądzili, w tym biskupi. Myślę, że w tym obrazie skutecznie przedstawia nasze zaufanie do Ducha Świętego, który nie pozwoli, aby światło rozpalone przez Chrystusa zostało zgaszone lub zastąpione innym światłem.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze